wtorek, 19 listopada 2013

KOMU ZEGAREK KOMU STANOWISKO

Widzicie te przecudne zegareczki? Podobają się Państwu? W każdej chwili możecie je wypożyczyć. Otwieram bowiem wypożyczalnię zegarków, wprawdzie tylko dla ministrów, rządu naszego ukochanego, ale żadnej Internautce (aucie) nie odmówię zegareczka, za drobną opłatą, oczywiście.
Dla ministrów, podsekretarzy stanu, dyrektorów generalnych i innych dygnitarzy ustanawiam stawki specjalne, wyższe niż dla Internatów/ Internautek. Dlaczego? Bo moja wypożyczalnia rozwiąże problemy z prokuraturą każdemu dygnitarzowi. Nie będzie musiał kłamać, kluczyć oszukiwać, słowem grzeszyć. Skoro staną się bezgrzeszni odpadnie spowiedź święta. Zyskają więcej czasu dla kraju i wspaniałego rządzenia. Wykorzystam też doświadczenia prezydentki HGW, osoby płacące podatki w Warszawie otrzymają zniżkę na dojazdy do mojej firmy.
Renia, żona moja umiłowana, podsunęła mi myśl, że powinienem poszerzyć działalność i sprzedawać także dobrze płatne stanowiska.Powstanie coś w rodzaju banku wysoko płatnych stanowisk.  Przychodzi do mojej firmy delikwent, który pragnie wygrać wybory kupuje kilka stanowisk i nie musi się tłumaczyć przed żadną prokuraturą. Afera Platformy Obywatelskiej już się nigdy nie zdarzy. W świecie, gdzie wszystko jest towarem (odpusty, audiencje), gdzie wszystko można sprzedać i kupić uniknie się dzięki mojej firmie afer.                               
Firma moja będzie nosić nazwę: "Niewidzialna Ręka Rynku im. Platformy Obywatelskiej".

poniedziałek, 18 listopada 2013

W KRAINIE DONKA i BRONKA

Witajcie koteczki szczęśliwe. Zwracam się do młodych kotek i kotków nie pamiętających czasów "komuny",  gdy gnębiony naród pił tylko ocet i siedział w więzieniach. Albowiem, jak w Davos oznajmił pewien polski przygłup: "45 lat komunizmu wyrządziło Polsce więcej szkód niż okupacja hitlerowska".Ta cholerna "komuna" tak się zawzięła, że wytępiła gruźlicę i wszawicę.
Dopiero w Polsce rządzonej przez neoliberałów i prawicowców, w atmosferze demokracji i wolności, w krainie Donka i Bronka sprawiedliwości staje się zadość. Bandziorom buduje się pomniki, potomkom zwraca się kamienice bez naliczania kosztów utrzymania obiektów. Pod hasłem ułatwiamy młodym zdobycie mieszkania tworzy się dla deweloperów znakomite warunki sprzedaży, a młodzieży bezrobotnej możliwość wyjazdu za granicę.
Dzięki staraniom Donka i Bronka wracają zjawiska wytępione przez cholerną "komunę". Wróciły gruźlica i wszawica.

niedziela, 17 listopada 2013

ZYGMUNT GOLAŃSKI

Pierwszy raz zobaczyłem go sześćdziesiąt jeden lat temu, na długim korytarzu Domu Słowa Polskiego, gdzie mieściła się redakcja Trybuny Ludu. Wysoki, szczupły, przystojny mężczyzna szedł zdecydowanym krokiem w kierunku sali zebrań. Pośpieszyłem za nim niemal intuicyjnie, było to dla mnie, praktykanta, pierwsze zebranie redakcji. Za długim stołem redakcyjnym zobaczyłem znanych wówczas dziennikarzy (Artymowską, Rawicza, Wolickiego), a wśród nich osoby prowadzące zajęcia na moim wydziale.
Redaktor naczelny, Leon Kasman, udzielił głosu mężczyźnie, za którym podążałem korytarzem. Zygmunt Golański – kierownik działu łączności z czytelnikami, listów i interwencji - informował zebranych o listach, które w ostatnim tygodniu wpłynęły do redakcji i jakie sprawy poruszali w nich czytelnicy.
Nie pomyślałem wtedy, że poznam go osobiście, a nasza znajomość przerodzi się w wieloletnią przyjaźń.
Zygmunt Golański urodził się w 1920 roku we wsi Jurkowice, na sandomierzczyźnie. Dzieciństwo i lata młodzieńcze spędził w Klimontowie, gdzie jego rodzina zamieszkiwała od wieków. Liceum, kończył i maturę zdawał na tajnych kompletach, uczestnicząc jednocześnie w kursach podchorążówki. Zwrócił na siebie uwagę wykładowców, z ich rekomendacji Komenda Główna Batalionów Chłopskich nadała mu pseudonim "Boruta" i powierzyła dowództwo oddziału partyzanckiego w powiecie garwolińskim. We wsi Augustówka odniósł zwycięstwo nad przeważającą liczebnie formacją niemiecką, lepiej uzbrojoną i zahartowaną w likwidacji polskich partyzantów.Po zakończeniu wojny opisano oddział Boruty w kilku książkach. Osobistą relację przekazał z Augustówki Stanisław Jastrzębski w "Zaczęło się pod Arsenałem".
Nie zamierzam opisywać tej bitwy, nie znam się na wojaczce, wspominam o niej dla ukazania sylwetki polskiego patrioty.
Mineło wiele lat od momentu, gdy zobaczyłem go pierwszy raz, spotkaliśmy się, jako koledzy dziennikarze. Z czasem zawodowa znajomość przerodziła się w przyjaźń. Zygmunt współredagował "Łowca Polskiego", a ja na łamach pisma głosiłem słowo z "Mojej ambony", na 13 stronie. Rychło się okazało, że mamy wspólnych znajomych. Z Romanem Bratnym, Michałem Issajewiczem, Dominikiem Horodyńskim, Ryszardem Frelkiem zdarzało nam się wspólnie polować i biesiadować. W dyskusjach wyróżniał się trafnością i zwięzłością wypowiedzi. Nie było w nim nic z aktora, jego przeszłość poznawałem długo i fragmentarycznie. O tym, że był w partyzantce dowiedziałem się właśnie w czasie jakiejś biesiady. Wojną niezbyt się interesowałem więc ta wiedza mi wystarczała.
Pewnego dnia Zygmunt zadzwonił do mnie pytając czy nie podwiózłbym go samochodem do Augustówki, na obchody rocznicowe, związane z jego partyzanckim oddziałem?
- Wiesz - wyjaśnił - po części oficjalnej odbędzie się biesiada, będę musiał wypić, mam nadzieję, że się dla mnie poświęcisz.
Zgodziłem się bez problemu, wszak przyjaźń zobowiązuje.
Na uroczystość przybyły władze powiatowe, które zajęły miejsce na podium. Mój przyjaciel, człowiek skromny, stanął na samym skraju elity. Ja zaś wmieszałem się w tłum mieszkańców Augustówki i przybyszów z okolicznych wsi, którzy zgromadzili się licznie wokół podium.
Wysłuchałem trzech oficjalnych, patriotycznych przemówień sławiących dzielność, odwagę i hart ducha partyzantów z Batalionów Chłopskich. Sądziłem, że oficjalna część uroczystości dobiega właśnie końca, gdy z tłumu rozległ się głos: widzę tu komendanta, może by opowiedział jak przebiegała bitwa ze Szkopami. Wszystkie głowy stojących na podium zwróciły się w stronę komendanta, mojego przyjaciela, Zygmunta Golańskiego. W tym właśnie momencie dowiedziałem się, że był on "komendantem", nigdy o tym słowem nie wspominał.
Bohater ludu, przez lud wywołany zaczął swoje wspomnienie od stwierdzenia: Muszę powiedzieć, że bałem się Niemców, byli od nas lepiej uzbrojeni i bardziej ostrzelani.
Do oddziału w Augustówce, którym dowodził "Boruta" przybyli młodzi nie doświadczeni partyzanci na przeszkolenie. Ich dowódca rozstawił ich na czatach. Mieli rozkaz wycofać się natychmiast, gdy zobaczą Niemców, wycofać się niepostrzeżenie i poinformować dowódcę. Jeden nie wytrzymał nerwowo i strzelił. Niemcy błyskawicznie zaatakowali wypoczywających partyzantów. Zaskoczenie oddziału, Boruta zdołał opanować, z pistoletem w ręku zawrócił partyzantów wycofujących się w stronę lasu. Starcie w Augustówce opisano w kilku książkach i artykułach. Wszyscy autorzy podkreślają, że oddział odniósł zwycięstwo dzięki odwadze "Boruty", odwadze i umiejętności wychodzenia z sytuacji beznadziejnych.
Pewnego razu wracając z banku postanowiłem wpaść, niezapowiedziany, do przyjaciela. Otworzyła mi pani Krystyna, żona Zygmunta, uczestniczka powstania warszawskiego, sanitariuszka oddziału AK. Zygmunta zastałem przy okrągłym stole porządkującego zawartość swoich szuflad. Wśród różnych odznaczeń dostrzegłem krzyż Virtuti Militari. Skąd go masz, zapytałem głupawo. Dostałem za walkę z Niemcami. Strzeliłem gafę pomyślałem. Taki był Zygmunt. Nie pysznił się, nie wypinał piersi. Nie uczestniczył w akademich "ku chwale..." Otrzymał np. zaproszenie od prezydenta Baracka Obamy, ale nie poszedł na uroczystości. Miałem mu to za złe.
- Źle się czułeś, spytałem.
- Czułem się dobrze.
- To dlaczego nie poszedłeś?
- Nie dość, że w czasie wojny spełniłem swój obowiązek to jeszcze muszę się z tym obnosić?
Bolał nad tym, że politycy dopuszczają się wartościowania życia uczestników walki z hitlerowcami. Dzielą weteranów na lepszych i gorszych. Jako dwudziestolatkowie nie myśleliśmy kategoriami współczesnych, pożal się Boże, polityków. Chcieliśmy bić Niemców. W moim oddziale walczyli rdzenni warszawiacy, wstąpili Batalionów Chłopskich, bo mój oddział był najbliższy, wieś znali z wyjazdów letniskowych z rodzicami.
Zygmunt Golański należał do ludzi skromnych i wprost niewiarygodnie tolerancyjnych. Przez ponad 40 lat wybierano go na prezesa koła łowieckiego, choć za polowaniem nie przepadał. Zdarzyło się, że pewien kolega przy ognisku, po kilku kieliszkach krytykując prezesa użył obraźliwego epitetu. Oburzyło to uczestników biesiady do tego stopnia, że złożyli formalny wniosek o usunięciu go z koła. Zygmunt Golański nie zaakceptował wniosku. Po kilku kieliszkach każdy może strzelić głupstwo - powiedział i na tym dyskusja się skończyła.
Napisałem felieton wyśmiewający wady myśliwych. W kole, któremu prezesował Zygmunt, odczytano felieton jako "kalanie własnego gniazda". Człowiek, który w czasie okupacji dokonał bohaterskiego wyczynu zgłosił na walnym zebraniu wniosek o wyrzucenie mnie z koła. Poparli go ważni i wpływowi koledzy. Nie miałem najmniejszych szans, nie zabrałem nawet głosu we własnej obronie. Prezes zaproponował, aby powołać komisję dla wyjaśnienia sprawy, podczas trwania zebrania - uzasadnił - komisja zbada sprawę i przygotuje wnioski. Poddał pod głosowanie uzupełnienie porządku obrad o sprawozdanie komisji nadzwyczajnej. Walne zebranie wniosek przyjęło jednogłośnie. Tylko ja się wstrzymałem od głosu. W czasie przerwy koledzy wyraźnie mnie unikali.
Pod koniec dnia przewodniczący komisji wszedł na mównicę i oświadczył, że komisja nie może zgłosić wniosku o usunięcie, bo prześmiewki są anonimowe. Skojarzenie tytułu felietonu z nazwą koła jest kwestią osobistych odczuć. A za to statut kar nie przewiduje.
Z Zygmuntem Golańskim prowadziłem burzliwe dyskusje, spieraliśmy się nieraz ostro. Krytyka w Polskim Związku Łowieckim była tępiona od góry do dołu. "Zły to ptak co własne gniazdo kala" było obowiązującą dewizą władz naczelnych. Zygmunt odpowiadał cytując Norwida: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala. Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”
Sam zresztą pisywał limeryki o kolegach myśliwych z własnego koła. Wytykał nam dobrotliwie wady. Pochlebiało mi to, że byłem pierwszym czytelnikiem, przepisywałem wierszyki z rękopisu. A kiedy został honorowym prezesem opisał dewocyjną pobożność swojego następcy, którego kandydaturę zgłosił i popierał:
Prezes wiele ma kłopotów
Do działania zawsze gotów
Chętnie potem i niezwłocznie
Na kolibie se odpocznie
Żeby w lesie mu nie zbrzydło
Obok strzelby ma kropidło.
Zygmunt Golański wyróżniał się skromnością, mądrością, dowcipnym... Zapytałem córkę, Małgorzatę, jakim był ojcem?
W domu tata był niemal nieobecny, cały swój czas poświęcał sprawom. Nie prawił mi nigdy morałów, ani nie udzielał rad z wysokości katedry. Jeśli mu się coś nie podobało w moim zachowaniu komentował dowcipem, lub jakąś przypowiastką, często biblijną. Wpoił mi życiową zasadę, że powinnam być człowiekiem przyzwoitym, nie ze względu na grożące kary piekielne i niebieskie obietnice nagród, tylko dlatego, że przyzwoitość jest cechą wyróżniającą człowieka z pośród innych istot.
Wnuczka, Julia zapamięta go, jako człowieka uczciwego. Błędy w ludzkim postępowaniu przypisywał pomyłkom, a nie planom perfidnego postępowania. Pomagał ludziom bezinteresownie, taką już miał naturę.
Od siebie dodam, że w ostatnich tygodniach przeżył wielką radość. Został pradziadkiem
Nie głaskało go życie po głowie. Po zakończeniu wojny przeżył aresztowanie, nie oszczędzono mu, już za demokracji, krytyki, na którą nie zasługiwał. Nie zgorzkniał, był człowiekiem spełnionym, przeszedł przez życie z podniesioną głową. W przeddzień śmierci zadzwonił do mnie, umówiliśmy się na spotkanie. Następnego dnia zmarł nagle. Nie za długo spotkamy się Zygmuncie, w Krainie Wiecznej Szczęśliwości.
Wiem co byś mi odpowiedział: Kraina Wiecznej Szczęśliwości nie istnieje.

środa, 13 listopada 2013

NIEUDOLNI I OBŁUDNI

Słucham premiera, ministrów i różnych dupków. Uszom nie wierzę, że ludzie inteligentni (minister Bartłomiej Sienkiewicz) tłumaczą się jak matołki. Rzecznik prasowy premiera pan minister, Paweł Graś, rżnie głupa i całą winę zwala na organizatorów marszu rozbestwionych i bezkarnych narodowców. Pan minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz, udaje Greka i plecie, że nie dało się przewidzieć przebiegu wydarzeń. Już za to samo oświadczenie powinien wylecieć na zbitą twarz. A jego szef, pan Donald Tusk, premier broni kolesia Sienkiewicza twierdząc, że zawinił kowal. Prezydentka Warszawy, aby zminimalizować ogrom błędów podaje sumę strat spowodowanych przez dzicz narodową.
W związku z tym, że po stronie rządowej nie ma winnych, jako obywatel i podatnik zadaję kilka pytań.
Kto zatwierdzał trasę przemarszu nacjonalistów? Czy nikt nie pomyślał, że trasa wiedzie wokół ambasady Rosyjskiej Federacji, i że na Belwederskiej przed ambasadą miłośnicy PiS urządzają miesięcznice żałobne? Panie ministrze Sienkiewicz, nie pomyślał pan o tym? Panu i podwładnym nie skojarzyła się trasa przemarszu dzikich z protestami organizowanymi przez wyznawców religii smoleńskiej? Wiem, że nie otrzymam od czynników rządowych na pytania odpowiedzi.
Dlatego zwracam się z pytaniem do niezależnej od rządu prokuratury generalnej czy zajmie się ustaleniem kto poza narodowcami ponosi za rozróby odpowiedzialność?
Dziś TVN pokazała manifestację w Białymstoku i dwójkę m"patriotów", którzy w geście hitlerowskim czczą Dzień Niepodległości Polski. Dlaczego dopiero dziś zostali zatrzymani?
Wiadomo, że rząd jest nieudolny i obłudny. Ja się do tego nie mogę przyzwyczaić choć wielu moich rodaków już do tego przywykło. Ja się z tym nie godzę, albowiem niemoc rządu sprawi, że mogę być przez dzikich pobity, że mogą mi podpalić dom, zniszczyć samochód.
Dlatego nie przyjmuję do wiadomości pokrętnych wypowiedzi premiera i jego ministrów. Apeluję do Rodaków: zacznijmy wymagać od rządzących uczciwej pracy. Przecież im, do cholery, za nią płacimy.

poniedziałek, 11 listopada 2013

PATRIOCI czy IDIOCI?

Znowu na ulicach Warszawy w dniu święta narodowego doszło do mordobicia i wandalizmu. Patrioci i kibole zademonstrowali brutalną siłę.
Dlaczego tak się dzieje? Bo święto narodowe usiłują zawłaszczyć partie polityczne i różne odłamy ugrupowań nacjonalistycznych. Przewodzi pan prezydent III RP, który 11 listopada organizuje własny pochód, usiłując dać przykład patriotyzmu państwowego. Prezydent nie zdaje sobie sprawy z tego, że w ten sposób staje się jednym z wielu ugrupowań politycznych maszerujących 11 listopada ulicami stolicy państwa. Wniosek: Pan prezydent powinien przestać organizować pochody, aby nie stawać się jednym z wielu. Czy starczy mu wyobraźni i rozsądku, aby zaprzestać pochodów?
Tak się składa, że w swoim długim życiu miałem szczęście oglądać święta narodowe w wielu państwach. Wszędzie są dniami radosnymi, łączącymi obywateli. We wszystkich wspomnianych państwach istnieją partie polityczne, konkurujące ze sobą, ale w dniu święta narodowego zawieszają konkurencję i cieszą się wspólnie, jako dzieci jednej ojczyzny. U nas partie nie konkurują tylko toczą wojny, bijatyki i urządzają awantury. To przejawy choroby i rozkładu moralnego. Nie może być tak, że różne partie, różne dupki i pan prezydent usiłują zawłaszczyć patriotyzm. Trzeba wreszcie powiedzieć jasno, że wszyscy Polacy są patriotami i żadna zdegenerowana partia nie ma prawa orzekać, który Polak jest patriotą. To musi być uregulowane prawnie.
Wreszcie ostatnia sprawa. Święto narodowe w listopadzie, w naszym klimacie jest nieporozumieniem. Ponury ten miesiąc wyzwala w ludziach przygnębienie i agresję. Dlatego święto narodowe powinno być obchodzone w miesiącach letnich. Powinno się nazywać świętem radości, miłości ojczyzny czy jakoś tak właśnie. Musi być pozbawione kontekstów politycznych. Nazwę święta i datę obywatele powinni ustalić w referendum. To musi być święto nieskalane polityką. W pozostałe dni roku politycy, patrioci, kibole i idioci mogą prać się po mordach.

niedziela, 10 listopada 2013

SKUNDLONE DZIENNIKARSTWO

Mija właśnie 75 rocznica Kryształowej Nocy, z 9 na 10 listopada w Niemczech hitlerowskich zaczęła się eksterminacja Żydów. Dziennikarze TVP 1 zamieścili obszerną relację  z tej okazji, pokazali autentyczne zdjęcia filmowe, poinformowali, że hitlerowcy wypędzili do Polski 17 tysięcy Żydów, przedstawili działania naszych dzielnych dyplomatów. Zapomnieli tylko dodać, iż rząd II Najjaśniejszej Rzeczypospolitej pozbawił 17 tysięcy Żydów polskiego obywatelstwa. Dowiedziałem się o tym czytając super interesującą książkę "Proces w Norymberdze" autorstwa Joe J. Heydecker'a i Johannesa Leeb'a.

środa, 6 listopada 2013

MOTYLANOGA - INSTYTUT DZIEŁ RELIGIJNYCH

Spytacie zapewne co ma wspólnego "motylanoga" z "Instytutem Dzieł Religijnych"? Gdybyście śledzili uważnie życie duchowe, i nie tylko, matki naszej przenajświętszej - Kościoła katolickiego, wiedzieli byście, że motylanoga, wedle nauki Kościoła, znaczy "kurwa", a Instytut Dzieł Religijnych to nic innego tylko nazwa banku państwa watykańskiego, osławionego wieloma przekrętami i aferami finansowymi. Nazwy wyżej przytoczone wymyślają najwyżsi kapłani dla zmyłki. Wpływy Kościoła rzymskokatolickiego, sądząc po nazwach są przeogromne. U nas np. nie używa się słowa rdzennie polskiego,mimo ustawy, "brukowiec" lecz zapożyczonego z angielszczyzny - "tabloit", bo doskonale ukrywa prawdę. Albo inny przykład. Partia bogatych, neoliberalnych demokratów choć reprezentuje interesy wąskiej grupy, działająca w rzeczywistości na niekorzyść "zwykłych obywateli", a więc większości nazwała się "Platformą Obywatelską".  Partia ta w przekrętach, w wygaszaniu afer dorównuje kurii rzymskiej.
Skojarzenia i porównania zrodziły się w mojej głowie pod wpływem lektury książki, pod przydługim tytułem "JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚĆ TAJNE DOKUMENTY BENEDYKTA XVI". Autor, znakomity watykanista, Gianluigi Nuzzi napisał to bezprecedensowe dzieło posługując się wykradzionymi papieżowi tajnymi dokumentami.
Miłośnicy kryminałów znajdą w książce prawdziwe rozkosze. Poznają finezję tworzenia intryg, toczenia wojen podjazdowych, ukrywania prawdy, tuszowania afer finansowych i obyczajowych.
Kościół powszechny, pisze autor, "jest pasterzem 17 procent ludzkości, a ponadto zarządza królestwem bez granic, którego serce bije w Watykanie. Stoi na czele 4500 biskupów, 405 000 kapłanów, 865 000 członków instytucji religijnych, diakonów, świeckich misjonarzy, katechetów". Jest więc Kościół potęgą, nie tylko duchową, ale przede wszystkim finansową. "...dzięki pewnym plotkom, pisze Nuzzi, jak również dokumentom w naszym posiadaniu można stwierdzić, że audiencje pozwalają zebrać od 40 000 do 150 000 euro dziennie". Dawniej handlowano odpustami, teraz jest w modzie handel audiencjami. Znak to oczywisty, że Kościół staje się ważnym ogniwem neoliberalnej globalizacji. Nauki głoszone przez Jezusa z Nazaretu już dawno się zdezaktualizowały. Wszak purpurowe sukienki i złote ozdoby eminencji są piekielnie kosztowne. O odszkodowaniach za rozwiązłość pasterzy litościwie nie wspominam.
Dysonans między głoszonymi prawdami, a życiem codziennym hierarchów zauważyli zwykli zjadacze chleba, zwłaszcza w Polsce. Dziś już patrzymy na kapłanów krytycznie, nie chylimy kornie głów i zaczynamy sprawdzać.
Oto pani Małgorzata Marenin, feministka i samotna matka, oskarża arcybiskupa Józefa Michalika o zniesławienie, bo naruszył jej dobra osobiste wygłaszając kazanie rodem ze średniowiecza. Czy możecie sobie wyobrazić wystąpienie do sądu przeciw arcybiskupowi dziesięć lat temu?
Pamiętacie przytłaczającą ciszę, jaka zapanowała nad Wisłą po ujawnieniu praktyk arcybiskupa Paetza? I czułe, demonstracyjne uściski najwyższego Kapłana?
Świat szybko się zmienia. Musimy się nauczyć oceniać także rządzących. Przywołać obietnice z kampanii wyborczych i porównać z osiągniętymi rezultatami. Czas przystąpić do przygotowania ocen dla rządzącej koalicji PO - PSL.