piątek, 26 maja 2017

MILCZENIE PASTERZY

Sejm Rzeczypospolitej Najjaśniejszej pochylił się nad tragedią Igora Stachowiaka. Z wysokiej trybuny sejmowej sam prokurator generalny i minister sprawiedliwości oznajmił, że : "Do śmierci nie przyczyniły się, ani zastosowane przez policjantów chwyty obezwładniające, ani użycie paralizatora"  Nie mogę dać wiary temu oświadczeniu, albowiem pamiętam co ten pan mówił z trybuny sejmowej o śmierci Barbary Blidy. Poinformował on Wysoką Izbę, że sprawą Blidy nigdy się nie zajmował, a o śmierci dowiedział się kilka godzin temu. Ówczesny premier rządu Jarosław Kaczyński ujawnił, że minister Ziobro brał udział w naradzie u premiera, właśnie, przed aresztowaniem Barbary Blidy. Pan Jarosław Kaczyński, człowiek o wrażliwym sercu apelował nawet do przyszłych oprawców, aby łagodnie traktowali byłą minister.
Wszystkie oświadczenia pana Ziobry między bajki wkładam. Zamierzam bowiem zająć się milczeniem pasterzy, którzy są znanymi powszechnie obrońcami życia. Zadaję publicznie pytanie, dlaczego milczy ePiSkopat? Wiem, że jest to pytanie retoryczne, przypominające wysyłanie listów na Berdyczów. Episkopat jest wszak obrońcą "życia poczętego" i obrońcą moralności sprowadzonej do krocza.

poniedziałek, 22 maja 2017

ŚMIERĆ NIEWINNEGO CZŁOWIEKA

W komisariacie policji przedstawiciele państwa polskiego przy pomocy państwowego sprzętu uśmiercili niewinnego, młodego człowieka, niewinnego, bo wzięli go za poszukiwanego przestępcę. Wszystko wskazuje na to, że sprawa zostałaby zatuszowana, gdyby nie dziennikarz TVN, który po upływie niemal roku od śmierci ujawnił mrożące krew w żyłach fakty uśmiercania. O śmierci niewinnego człowieka wiedział minister spraw wewnętrznych i minister sprawiedliwości - prokurator generalny. Śledztwo powierzono najpierw prokuraturze w Legnicy, a potem przeniesiono je do Poznania. Dlaczego? Upływa prawie rok od śmierci, śledztwo się wlecze. A minister sprawiedliwości - prokurator generalny uzdrawia polskie sądownictwo, zarzucając sędziom, że się ślimaczą. A pewien profesor i sędzia TK wygłosił w Oksfordzie myśl złotą, że sędziowie sądu najwyższego są skorumpowani. Czy to przypadek? Czy minister spraw wewnętrznych po tej kompromitacji zasili szeregi bezrobotnych? Marzenie porażonej państwowym paralizatorem niewinnej ludzkiej głowy. Chłopcy pana prezesa prawu nie podlegają. Oni są od reformowania prawa. Stary już jestem, wiele przeżyłem, sporo widziałem, pamięć mam jeszcze dobrą. Przypomniało mi się zdarzenie z 15 marca 2007 roku. W tym dniu antyterroryści wtargnęli do mieszkania niewinnego obywatela, rodzinę powalili na podłogę i do dnia dzisiejszego nie powiedzieli nawet przepraszam. Pamiętam też, ze 14 lipca 2006 roku zaprzysiężono rząd pana Jarosława Kaczyńskiego.
Pamiętam też, że za życia Jacka Kuronia wzięto mnie za twórcę zupek i nawymyślano, w Hajnówce, w Smolnikach i w Kurołapkach.
Przyznaję, że boję się wychodzić na miasto. A nuż pomylą mnie z jakimś osobnikiem i ukatrupią paralizatorem kupionym za pieniądze pochodzące także z moich podatków

wtorek, 16 maja 2017

NA ODCHODNE (koniec wojny w Strzałkowie)

Wieczorami wychodziliśmy przed dom i obserwowaliśmy łunę na wschodnim krańcu nieba. Nocami słyszeliśmy od strony Małgowa i Nadzieży dudnienie ziemi. Paweł Łuczak mówił, że to Niemcy uciekają. Miał rację. Po kilku dniach o świcie od strony Małgowa wjechały do wsi rosyjskie czołgi. Minęły nasz dom i zatrzymały się dopiero na krzyżówkach. Pobiegłem tam co sił w nogach. Cały Strzałków wyszedł na powitanie na drogę. Rosyjscy żołnierze pytali „Kuda giermańcy?” Odpowiadaliśmy: na Madalinie. Madalin był wsią zamieszkałą jeszcze przed wojną przez kolonistów niemieckich. Pamiętam jak w sierpniu przed wybuchem wojny, gdy paśliśmy krowy na pastwiskach pod „Kapitanką,” rozpalali ogniska na łąkach. Pewno w ten sposób dawali swoim znaki.
  Teraz rosyjscy żołnierze wsadzili kilku chłopaków na ciężarówkę i pojechaliśmy „na Madalin.” Przed nami jechały dwa czołgi, a za nami dwie ciężarówki i dwa czołgi. Kiedy dojechaliśmy do Madalina, pojazdy zatrzymały się. Lufa pierwszego czołgu podniosła się w górę i wystrzeliła. Wtedy żołnierze pozeskakiwali z samochodów i weszli do wsi. Przeszukiwali domy, sprawdzali szafy, zrzucali pierzyny z łóżek, zaglądali do schowków. Żołnierzy niemieckich nie znaleźli. Dopiero, gdy zaczęli sprawdzać obory i stodoły, ukazali się niemieccy żołnierze. Wychodzili z rękami podniesionymi do góry albo założonymi na głowie. Rosjanie ustawiali ich w rzędzie wzdłuż drogi. Niemcy musieli zdjąć płaszcze i bluzy. Niektórzy mieli w kieszeniach płaszczy ukryte pistolety. Rosjanie przeszukiwali skrupulatnie szynele. Pistolety i portfele wyrzucali na śnieg. Każdego Niemca oficer rosyjski pytał: był pod Stalingradom? Żołnierze niemieccy zaprzeczali ruchem głowy. Jeden Niemiec zapytany milczał. Rosjanin głośniej powtórzył: był pod Stalingradom? Niemiec patrzył przed siebie, a w jego twarzy nie drgnął nawet żaden mięsień. Rosjanin zerwał z niego koszulę, podniósł do góry rękę Niemca, a potem chwycił za szyję, wyprowadził na środek drogi, kopnięciem w kostkę podciął mu nogi, Niemiec padł na śnieg. Rosjanin obrócił się w kierunku czołgu, machnął ręką i czołg ruszył. Wjechał na leżącego człowieka, zatrzymał się, poruszył się w lewo, poruszył się w prawo i pojechał do przodu. Kawałki zmiażdżonego ciała drżały na białym śniegu. Nie wytrzymałem tego widoku, podbiegłem do stojącego drzewa i zwymiotowałem. Po powrocie do domu dostałem gorączki i mama położyła mnie w łóżku. Przez dwa dni nic nie jadłem. W czasie, gdy mnie mama trzymała w łóżku czołgi opuściły wieś, a na ich miejsce ściągnęło wojsko zupełnie inne. Przyjechali wozami zaprzęgniętymi w konie, kilka dziwnych pojazdów ciągnęło armaty i kuchnie polowe. W domach potworzono kwatery dla żołnierzy. Do izb gościnnych żołnierze nanieśli słomy, na której spali. Gospodynie nie narzekały, bo wszyscy cieszyli się, że Ruscy przepędzili znienawidzonych Szwabów. Co bogatsi gospodarze zabijali świnie i gościli wyzwolicieli. Żołnierze przynosili w bańkach spirytus dolewali wody „pa pałam” i pili razem z mieszkańcami wsi. U ciotki Darulki taż kwaterowało kilku żołnierzy. Przynieśli w kance na mleko spirytus, który mama zmieszała z sokiem wiśniowym. Kiedy już wszyscy dobrze się bawili nabrałem z kanki do garnuszka trochę płynu i usiłowałem spróbować jak ten napój smakuje? Po pierwszym łyku wybiegłem z krzykiem na dwór i padłem na śnieg. Spaliłem sobie spirytusem przeły
Było to moje pierwsze w życiu spotkanie z alkoholem. Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego dorośli piją to świństwo.
   Ciotka Darulka, która nie miała dzieci - w czasie kolacji - zaopiekowała się najmłodszym żołnierzem i obdarzała go nieskrywanym matczynym uczuciem, głaskała go po jasnych włosach, a od czasu do czasu całowała w policzek. Żołnierz pokazywał ciotce zdjęcia swojej mamy i sióstr, które teraz nad Wołgą z pewnością o nim myślą. Pito zdrowie rosyjskich żołnierzy i Polaków, a krasnoarmiejcy zapewniali, że już niedługo dobiją „Giermancow w Berlinie”. Na czułość ciotki okazywaną żołnierzowi nie zwracano uwagi, nikogo też ona nie dziwiła. Dopiero rano ciotka, po wyjściu z komórki, oświadczyła, że w całym życiu żaden chłop nie wygodził jej tak jak Sasza! Wojsko, które przyszło do wsi poprzedniego ranka opuszczało gościnne chałupy i ruszało „na zapad.” Nie mijało wiele czasu, a do wsi przybywały nowe oddziały. To też gospodynie nie usuwały słomy z izb, bo wiedziały, że nadejdą nowi żołnierze. Dla nas chłopaków zmiany żołnierzy były wielkim wydarzeniem. Wieczorem byliśmy u Słopiniów, gdzie w dwóch izbach kwaterowali krasnoarmiejcy. Poszliśmy tam, bo słychać było harmoszkę i śpiewy. Zbliżał się wieczór i w jednej izbie sołdaty poszli już spać, w drugiej kończyły się przyśpiewki. W tym momencie wpadła do domu Maryśka Słopiniowa z okrzykiem, że za stodołami ciągną Niemcy. Rosjanie nie założyli nawet mundurów, ledwo na bose nogi wciągnęli „walonki” chwycili pepesze i pobiegli w kierunku stodół. Rozległy się strzały. Nie upłynęło zbyt wiele czasu, gdy zobaczyliśmy prowadzonych niemieckich żołnierzy. Nie mieli broni ani pasów. Szli ze spuszczonymi głowami...
  W śniegu znajdowaliśmy karabiny i pistolety. Miałem piękny czarny pistolet i prawdziwy karabin. Znalazłem też nieszczęsny zapalnik. Z pistoletu nie strzelałem, bo był za ciężki, ale z karabinu oddałem kilka strzałów. Dom ciotki Darulki był ostatnim we wsi, za nim rozciągały się zasypane śniegiem pola. Po polach kicały zające, opierałem więc o płot ciężki karabin i strzelałem do szaraków. Nie trafiłem ani jednego, ale widok rozsypującego się śniegu sprawiał mi radość. Zabawa nie trwała zbyt długo, bo wujek Kaziu, którego Paweł Łuczak przed wyjazdem do Kalisza mianował komendantem milicji odebrał mi karabin i pistolet i surowo zabronił przynoszenia broni do domu.


czwartek, 11 maja 2017

NA ODCHODNE ( ciocie i wujkowie )

Na zdjęciu od lewej: mama, wujek Józef Grudziński i jego żona Jadzia, ciocia Janka i Kaziu Grudziński jej mąż.
 Irka i Franek CzerwionkowieJulcia i Janek Marcinkowscy

Dziadkowie Józefa i Antoni Grudzińscy-portret ślubny
    Z licznej rodziny wybrałem osoby sercu najbliższe. Dziadkowie, ciocie i wujkowie mieli ogromny wpływ na moje życie.                                                                                                    Wujek Józef wyjeżdżał z dziadkiem "na roboty" do Francji. Tam się ożenił, wrócił do Strzałkowa z żoną i teściami. Był człowiekiem niezwykłej pracowitości i uczciwości. Jego żona, Jadzia już w Polsce Ludowej miała swój wielki dzień. Gdy do Strzałkowa zawitała delegacja z Francji pomogła tłumaczowi. Francuskim mówiła lepiej niż polskim, urodziła się we Francji i tam skończyła gimnazjum.                                                                                       Ciocia Janka, żona wujka Kazia przepięknie śpiewała, z mężem tworzyli niepowtarzalny duet. Wujka Kazia wywieźli Niemcy "na roboty" do Poznania, uciekł stamtąd i ukrywał się przez połowę okupacji. Po wkroczeniu Armii Czerwonej, Paweł Łuczak utworzył milicję w Strzałkowie, a Kaziu był pierwszym pomocnikiem. Na wiejskim weselu nie pozwolił pobić "obcego" mężczyzny, który przyszedł się zabawić. Założył na rękę biało-czerwona opaskę i powstrzymał kolegów od bitki. Gdy po upływie kilku dni "banda" schwytała Kazia milicjanta, związała mu ręce i zamierzała go rozstrzelać, młodzieniec z wesela (żołnierz bandy) uratował mu życie. Po dwóch dniach Kazia zabrało UB i oskarżyło o współpracę z bandą, Skoro go nie zabili... Przesiedział w więzieniu pół roku.                                                                                                                        Ciocię Irkę Niemcy wywieźli "na roboty" do Niemiec. Tam poznała Franciszka Czerwionkę. Po wojnie pobrali się i żyli długo i szczęśliwie. Gdy młyn w Ciemniku, należący do Franciszka i Ireny Czerwionków upaństwowili Franek z dziadkiem pobudowali dom w Gdyni - Orłowie. Franek był człowiekiem wyjątkowej pobożności. Przyjechałem kiedyś do Gdańska służbowo. Przewodniczący Prezydium WRN, Józef Wołek zaproponował mi zaproszenie do katedry w Oliwie, gdzie miał przyjechać kardynał Stefan Wyszyński.  Franek z pewnym wyrzutem zapytał, dlaczego nie wziąłem zaproszenia? Następnego dnia przywiozłem, z wypisanym imieniem i nazwiskiem. Franek siedział w pierwszy rzędzie, a Kardynał uścisnął mu rękę. Był szczęśliwy. Z Jankiem Marcinkowskim, mężem Julci, przez wiele wieczorów dyskutowaliśmy o naprawie Polski i świata. Major Wojska Polskiego, Jan Marcinkowski był znakomitym żołnierzem i patriotą. Irka i Julcia moje ciotki choć siostry bardzo się od siebie różniły. Irka spokojna i wyważona, w sądach o ludziach i zdarzeniach kierowała się życzliwością i zrozumieniem. Julcia, błyskotliwa i dowcipna surowo oceniała bliźnich. Kiedyś ostro skrytykowała księdza, który usiłował usunąć sprzed kościoła chłopca zbierającego datki na leczenie chorej mamy. Gdyby sługa boży w porę nie czmychnął Julcia przywołałby go do porządku choć była osobą wierzącą. Żartując, pytaliśmy co zamierzała zrobić?                                                                                                                                                      - Nie skrzywdziła bym go - odpowiadała Chciałam mu tylko przypomnieć, że Bóg jest miłością.                                                                                                               

niedziela, 7 maja 2017

NA ODCHODNE (mama i Paweł Łuczak)

Tata, wcielony do wojska, poszedł bronić ojczyzny, a mama, Rysiek-mój młodszy brat i ja zostaliśmy w Opatówku. W kilka dni po wkroczeniu Niemców wujek Kaziu przyjechał po nas furmanką. Spakowaliśmy "cały dobytek" bez mebli i ruszyliśmy do Strzałkowa - 20 km. Ostatni widok, jaki zapamiętałem z miasteczka to kilku powieszonych Żydów. Mama zasłoniła mi dłonią oczy. Strzałków, wieś położona z dala od traktów komunikacyjnych wyglądała jakby się nic nie stało. Następnego dnia po naszym powrocie przyjechali na motorach z przyczepami żołnierze niemieccy. Gdy w południe pędziliśmy krowy z pastwiska do obór siedzieli nad rowem, na zakręcie drogi, bluzy mundurów porozpinali, głośno się śmiali, z odkrytym głowami, bo w hełmach mieli pełno jabłek. Karabiny ustawili w kozłach. Nie wydawali się groźni. W bezsenne noce, często jeszcze teraz, wraca do mnie ten obrazek.
W początkach niemieckiej okupacji w Strzałkowie nic strasznego się nie działo. Żandarmi zaglądali tu rzadko. Za to wzmógł się ruch cywilów. W gospodarstwie dziadka pojawiali się często obcy ludzie, niektórzy nawet nocowali. Najdłużej ze wszystkich zatrzymywał się Paweł Łuczak, kolega mojego ojca. Pojawiał się na kilka dni, znikał i znowu wracał. W miarę upływu czasu zostawał co raz dłużej. W końcu stał się domownikiem. Często, w czasie obiadu bądź kolacji mawiał, że "Walek, mój ojciec, prosił go, by opiekował się mamą i nami". Tak się opiekował, że 8 września 1943 roku mama urodziła prześliczną siostrzyczkę, Marysię, którą nazwaliśmy "Dzidką". Potem przyszła na świat Dorota, (nazwana Lalką) i Eugeniusz czyli Jótek. Paweł po wkroczeniu Armii Czerwonej do Strzałkowa utworzył Milicję Obywatelską i za zgodą mieszkańców starą, drewnianą szkołę przeniósł do plebanii. Wraz z kolegami przenosiliśmy ławki. Na schodach plebanii wybuchł mi w rękach., po przekłuciu spłonki agrafką, znaleziony zapalnik od pocisku artyleryjskiego. W ten niewyszukany sposób straciłem palce lewej dłoni. Wieziono mnie do szpitala w Kaliszu kilka godzin furmanką.
Paweł Łuczak, więzień Berezy Kartuskiej szybko awansował do władz wojewódzkich w Poznaniu. Wrócił do Kalisza, bo pokłócił się z komendantem wojennym Poznania. Powojenna rzeczywistość różniła się wielce od jego marzeń, założył więc Biuro Pisania Próśb i Podań. W ten sposób zarabiał na życie i pomagał ludziom.
Na zdjęciach:
1, Mama Stanisława Łuczak
2. Mama i Paweł Łuczak
3. Od prawej: Dzidka, Lalka i Jótek
4. Na zdjęciach kolejno bracia i siostry : Rysiek, Maria, Dorota, Eugeniusz i szwagier, Adam Świątek - też mój brat.







niedziela, 30 kwietnia 2017

NA ODCHODNE (ojciec WALENTY CHRZANOWSKI)

Babcia, Aniela Chrzanowska budziła we mnie lęk. Zawsze, gdy z mamą odwiedzaliśmy ją, mieszkała we wsi Nadzież, musiałem powtarzać pacierz i odpowiadać na pytania o Jezusie...Była bowiem osobą bardzo pobożną, surową i dzielną. Wychowała sześciu synów i trzy córki. Dziadka nie znałem, gdy się urodziłem już nie żył.
Jednym z tej Dziewiątki był mój ojciec. Dzięki pomocy ks. prałata Wacława Blizińskiego, ukończył seminarium nauczycielskie, ale nigdy nie uczył, bo nie dostał certyfikatu.  Zaraz po ukończeniu szkoły wcielono go do Korpusu Ochrony Pogranicza, formacji, która "cywilizowała" ludy Ukrainy wcielone do Polski. Wrócił  stamtąd zbuntowany, wziął ślub ze  Stanisławą Grudzińską i natychmiast mnie poczęli. Po dziewięciu miesiącach zawitałem na ten najlepszy ze światów. Opuszczam pierwsze lata dzieciństwa, bo już je opisałem i w kilku zdaniach skreślę żywot mojego taty. Należał do Stronnictwa Ludowego i w chwilach wolnych zajmował się polityką. Był przez pewien czas rządcą w majątku, w Miedzianowie, ale ta przygoda trwała krótko. Mama mi kiedyś objaśniła, że ojciec "zamiast gonić fornali do roboty to ich oświecał i buntował". Z tego wynika, że nie lubił dziedziców. Z Miedzianowa przenieśliśmy się do Kalisza.  Ojciec dostał tu pracę w "Społem". W chwilach wolnych jeździłem z nim na zebrania do Sulisławic, gdzie mieszkał "wujek" Staszek Karpała. U niego odbywały się zebrania ludowców. Był on artystą rzeźbiarzem, tworzył figury świętych do okolicznych kościołów, mieszkał na odludziu i nie budził podejrzeń policji. Na spotkania przychodziła też pani nauczycielka z mojej szkoły. Mogę więc stwierdzić, że wyrastałem w środowisku  politycznym, a w 1938 roku osobiście w polityce zaistniałem. Przewiozłem bowiem w tornistrze ulotki antyrządowe z Kalisza do Strzałkowa. Na kilka dni przed wyborami mama wsadziła mnie do autobusu, poprosiła "szofera", by wysadził mnie na Nadzieży, skąd z wujkiem Kaczmarkiem dotarliśmy wieczorem do Strzałkowa. Dziadek, Antoni Grudziński rozlepił ulotki w nocy, na płotach i drzewach. Gdy wróciłem do Kalisza taty nie zastałem w domu, policja zamknęła go na czas wyborów w areszcie. W domu "granatowi" przeprowadzili rewizję, ale ulotek nie znaleźli. Policja zamknęła tatę także w Opatówku, gdzie był kierownikiem placówki handlowej "Społem" Tuż przed wojną budowano w Szczytnikach pomnik Augustyna Kordeckiego. Furmanki ze Szczytnik przyjechały do spółdzielni "Społem" po cement. Mój tata w rozmowie z nabywcami cementu radził im, aby miast pomnika zbudowali schrony to będzie większy pożytek. Pomnik Niemcy rozwalą - powiedział. Donieśli, gdzie trzeba i tatę zamknęli. Na szczęście po kilku dniach wrócił do domu, wedle słów mamy: "zarośnięty i zmizerowany".
A potem tata poszedł na wojnę, Niemcy pomnik przeora zburzyli, a o tacie na kilka lat słuch zaginął. Kiedy już go opłakaliśmy, pewnego dnia, w połowie 1941 roku dotarła do Strzałkowa przesyłka Czerwonego Krzyża z Lizbony. W ten sposób tata dawał nam znać, że żyje i ma zamiar walczyć za ojczyznę do ostatniego guzika.. Aby nam osłodzić rozłąkę przysyłał w  dwie czekolady Sucharda, pół kilo ziaren prawdziwej kawy i kilkanaście cukierków. Mama zamiast się cieszyć płakała, a babcia zapytała: "gdzie go diabli zanieśli?" Ja i młodszy brat Rysiek wystrugaliśmy ze starej sztachety dwa urządzenia karabinopodobne, ale dziadek nas rozbroił i dzięki temu choć nie bez uszczerbku, wojnę przetrwaliśmy.
W trzecim dniu wojny mojego tatę i pozostałych żołnierzy Niemcy pojmali do niewoli i wywieźli aż pod francuską granicę, gdzie mój tata pracował jako kierowca ciężarówki .Ponieważ żaby i ślimaki tacie nie smakowały pewnego wieczoru  zatęsknił za ojczyzną, wskoczył do szoferki i czmychnął. Ciemności sprawiły, tak mi się wydaje, że pojechał nie w tą stronę, dotarł pod granicę Hiszpanii. porzucił ciężarówkę i przedostał się ( wąwozem Samosierry?)  do ojczyzny Don Kichota. Tam piechotą, nocami przedzierał się do Portugalii. Pewnego popołudnia, w wiosce schwytała go Guardia Civil, i zamknęła w szopie. W nocy hiszpańska dziewczyna uwolniła tatę, nie znał nawet jej imienia, nazwijmy ją Dolores. Dzięki niej dotarł do Portugalii, a stąd do Wielkiej Brytanii. W czasie Najdłuższego Dnia, pod Calais pojazd pancerny, który ojciec prowadził, na minie wyleciał w powietrze. Po sześciu godzinach, rannego tatę znaleźli sanitariusze. Przewieziono go samolotem do Anglii i ... uratowano. Ojciec stracił jedno oko, czaszkę załatano mu srebrną blaszką. Przeżył, ożenił się z poddaną JKM. Ale jego poglądy sprawiły, iż zaczęto go podejrzewać, w domu przeprowadzano kilka razy rewizje. Po śmierci Stalina, w 1953 roku wrócił do ojczyzny. Szukał pracy, odwiedził mnie w Warszawie, zamieszkał kilka dni w akademiku. Razem odwiedzaliśmy znajomych z Kalisza, kilku pracowało w Warszawie. Najważniejszy przyjaciel zajmował we władzach centralnych "Społem" wysokie stanowisko. Gdy go odwiedziliśmy w pracy sprawiał wrażenie wystraszonego. Ojciec wrócił wszak z Zachodu, zimna wojna trwała w najlepsze, a nad Polską krążyło jeszcze widmo Stalina. Zamieszkał u brata Franciszka Chrzanowskiego, kierownika szkoły podstawowej w Ostrówku. Znalazł pracę w PZGS w Wieluniu. Podejrzewano go, że jest szpiegiem... Gdy zacząłem pracować i dostałem mieszkanie (pokój z kuchnią) zamieszkał z nami. Nie mógł znaleźć pracy. Wyjechał do Kalisza, ożenił się i tam umarł. Mój ojciec, Walenty Chrzanowski, człowiek, który usiłował przemienić świat na lepszy.
                                                         OJCIEC z siostrami
                                                          WALENTY CHRZANOWSKI
                                          Pierwszy od prawej - ojciec
                                                   Ojciec z żoną Angielką
Od lewej: Rysiek, ojciec, ja

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

NA ODCHODNE (dziadek ANTONI GRUDZIŃSKI)

Kiedy przyszedł na świat w Strzałkowie nie było jeszcze szkoły. Nigdy z rówieśnikami nie zasiadł więc w szkolnej ławce. Był samoukiem. W carskiej armii przeżył klęskę pod Mukdenem. W Irkucku pomagał zesłańcom w ucieczkach. Mój dziadek, Antoni Grudziński cieszył się we wsi uznaniem i szacunkiem. Zapamiętałem go jako człowieka pogodnego i dowcipnego, a jednocześnie surowego. Nigdy nie kłócił się z babcią, różnili się tylko w sprawie Żyda Muchina, który skupował stare garnki, szmaty, butelki... Gdy pojawiał się przed naszym domem ze swoją furką ciągnioną przez wychudzoną szkapę, dziadek otwierał bramę na podwórko i zapraszał Muchina "na jednego" i pogawędkę. Babcia nie wpuszczała gościa "do stołowego" , a to dlatego, mówiła, że Żydzi ukrzyżowali Pana Jezusa. Rozmowa toczyła się zatem w kuchni. Przyjaźnił się też z Cyganami. Gdy rozbijali obóz, zawsze dziadka zapraszali. Kiedyś sąsiadka Napadłkowa wypomniała dziadkowi : opowiadasz Antek Cyganichom różne rzeczy o sąsiadach, a one potem wróżą łatwowiernym i wyciągają od nich pieniądze. Na to dziadek : Nie złość się Maryśka, czy słyszałaś może, że w naszej wsi kura komuś zginęła? Przed wojną dziadek wyjeżdżał przez kilka lat do Francji, „na roboty”. Początkowo sam, a później z wujkami Józefem i Kaziem. Wujek Józef ożenił się we Francji z ciocią Jadzią. Wraz z rodzicami zamieszkała w naszym domu. Jej ojciec, dziadek Krupa, Ślązak służył w Wehrmachcie. W jednym domu mieszkali dwaj żołnierze armii carskiej i niemieckiej. Żyli zgodnie, wojują wszak z sobą carowie, cesarze i kanclerze.
Wojna zmieniła życie rodziny. U dziadka ukrywali się różni ludzie, także kolega mojego ojca, Paweł Łuczak, więzień Berezy Kartuskiej. Napiszę o Pawle nieco później. Teraz dodam, że dziadek i wujek Józef zbudowali maszynkę do krojenia liści tytoniu, przyjeżdżali do nas ludzie z okolicznych wsi kroić liście machorki. Pamiętam, że były dwa gatunki tytoniu : Virginia o wydłużonych delikatnych liściach i odmiana o liściach półokrągłych, grubszych. Dziadek nie palił, ale liście Virginii skrapiał wodą z rozpuszczonym miodem, suszył, kroił i sprzedawał. Pewnego dnia życie nagle się zmieniło. Dziadka, babcię i mamę zabrali żandarmi i wywieźli do Niemiec, wysiedlili wszystkich gospodarzy z murowanych domów. W naszym domu zamieszkali Niemcy z Besarabii. Wujka Józefa przesiedlili Niemcy do innego gospodarstwa, pasłem tam przez całą wojnę krowy. W czasie okupacji chodziłem do pani Wojciechowskiej- nauczycielki na lekcje, ale ją tez Niemcy zabrali. Powrót dziadka z Niemiec opisałem na stronie: www.kronikarzprl.com.pl w rozdziale "Dlaczego socjalizm"?
Po wojnie dziadek nie próżnował. Pamiętam, przed Świętami Bożego Narodzenia, w 1945 roku wybraliśmy się na Ziemie Odzyskane do cioci Irki zamieszkałej w Ciemniku, wsi
oddalonej od Stargardu Szczecińskiego o godzinę jazdy. W tamtych czasach podróż trwała długo. W Stargardzie przesiedliśmy się do kolejki wąskotorowej, dojechaliśmy do Ińska, skąd piechotą dotarliśmy do młyna w Ciemniku. W czasie wojny we młynie pracował Franciszek Czerwionka, który ożenił się z ciocią Irką. I on teraz był właścicielem młyna. Wigilię spędzaliśmy z byłym właścicielem, Ernestem Zaskowem i jego rodziną, żoną, córką i chyba siostrą. My śpiewaliśmy Cichą noc, a oni Heiliege nacht, Stille nacht. Ernest Zaskow miał piękny głos, słuchaliśmy go z podziwem. Tworzyliśmy przy wigilijnym stole jedną rodzinę choć rany wojenne jeszcze się nie zagoiły. Po latach Ernest Zaskow zaprosił Irkę i Franka do Niemiec (NRF), w gościnę.
Dziadkowi w Ciemniku bardzo się podobało, zabrał się do roboty. W 1947 roku, gdy w tych okolicach myszkowali jeszcze szabrownicy, a my młodzi śpiewaliśmy : "Wara od Odry, od Nysy wara, od naszych granic precz. Ziemia to nasza piastowska stara, Zachód to nasza rzecz. Nie papież nam wybrzeże dał, nie Śląsk biskupów był..." zbudowali tu z Frankiem dodatkowy dom, dziadek posadził drzewa owocowe i założył pasiekę. Młyn położony nad rzeczką Iną, w lesie oddalony od Ciemnika o 1-2 km. zasilał wieś prądem, turbiny pracowały przez całą dobę. Spędzałem w Ciemniku każde wakacje, tu Irka z Frankiem urządzili nam wesele, gdy 12 maja 1955 roku wzięliśmy z Renią ślub w Warszawie, w tym dniu powstał też Układ Warszawki. Układ się rozpadł, a my z Renią trwamy i czasami dziwimy się, że tak długo.
Dziadek Grudziński wsi rodzinnej nie opuścił całkowicie. Wpadał do Strzałkowa, służył radą i wiedzą. Przekonał mieszkańców, że warto wieś zelektryfiikować. Wielu obawiało się, że wraz z prądem przyjdzie kołchoz. Dziadek ręczył, że kołchozu nie będzie. Wstęgę uroczyście przecięli najstarszy mieszkaniec Strzałkowa, Antoni Grudziński i najmłodszy, jego wnuczek, Adam Grudziński. I w Strzałkowie stało się jasno.
Na tym kończę ten odcinek wspominków. Do dziadka, Antoniego Grudzińskiego będę wracał, wywarł on wszak wielki wpływ na życie naszej rodziny.
                                                                                                Zdjęcie z czasów I Wojny Światowej.Dziadek-jeniec w niemieckiej niewoli,




Józefa i Antoni Grudzińscy                                       

 Babcia Grudzińska z Ewa,pierwszą prawnuczką.