Przypominam sobie, jak pewien człowiek z kieleckiego wybrany z listy SLD do Sejmu, jeszcze przed złożeniem ślubowania przetransferował się do Klubu Ruchu Palikota. Nie przypominam sobie, by wyborcy na, których się wypiął obrzucili go choćby tylko jajkami.
Pamięć mam niezłą więc słyszę melodię "śpij kolego w ciemnym grobie..." graną na pożegnanie przez orkiestrę wojskową, gdy Radosława Sikorskiego przetransferował premier,Jarosław Kaczyński (oj nie ma Jarosław zbawiciel dobrej ręki do ministrów obrony) z ministerstwa obrony narodowej na zieloną trawkę. Po wygraniu wyborów przez przez Platformę Obywatelską Donald Tusk otarł łzy Radosława stanowiskiem ministra spraw zagranicznych, a gdy się na tym stanowisku zblamował w nagrodę został marszałkiem Sejmu.
Pamiętam też, że obecny wicepremier i minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego był ministrem sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Wynika z tego morał taki, że dwie prawicowe, siostrzane partie nie tylko wspólnie uchwalają ustawy restrykcyjne, odrzucają projekty ustaw obywatelskich, ale w razie potrzeby wspierają się kadrami.
Piszę o tym, bo właśnie media od rana trąbią, że Jarosław Gowin skaperował nikomu nieznanego Mieczysława Baszko, posła PSL i partia ludowa nie będzie miała klubu.
W Kraśniku Władysław Kosiniak- Kamysz wyśmiał kłusownika Gowina i zapowiedział, że klub chłopski (chłop potęgą jest...) trzyma się mocno. Jutro dowiemy się, że do Klubu PSL wstąpią Stefan Niesiołowski, Michał Kamiński i paru zbłąkanych.
W szkole podstawowej, w liceum i na uniwersytecie uczono mnie, że jedną z przyczyn upadku Najjaśniejszej Rzeczypospolitej była rozbuchana demokracja szlachecka. Możnowładcy kupowali głosy, szable, szaraczkowych szlachetków zrywali sejmy i prowadzili wewnętrzne wojny. Transfery, kaperownictwo czyli polityczne kurewstwo źle mi się kojarzy.
niedziela, 21 stycznia 2018
niedziela, 7 stycznia 2018
NA ODCHODNE ("Rada Narodowa")
Pierwszego lipca
1955 roku podjąłem pracę w tygodniku „Rada Narodowa.” Redakcja mieściła się w
nowym gmachu ( przy Sejmie) na ulicy Wiejskiej w Warszawie. Wszyscy redaktorzy
piszący i redaktor naczelny ( 6 osób) byli prawnikami, my, Janek Czapczyński i
ja, po wydziale dziennikarstwa mieliśmy sprawić, aby pismo nadawało się do
czytania.
Zadebiutowałem w
„Radzie Narodowej” artykułem „Czy tylko sprawa formalna?” o bezprawnym usunięciu z Miejskiej Rady Narodowej we Lwówku Śląskim radnego, Aleksandra
Brzyckiego, który krytykował stosunki panujące w miasteczku.
Do redakcji
napłynęły protesty. Krytykowani donosili, że …
Redaktor naczelny
wysłał do Lwówka redaktora, Jerzego Breitkopfa, by sprawdził, jak się w
miasteczku zachowywałem, bowiem osmarowali mnie w donosach straszliwie. Jerzy
Breitkopf był świetnym prawnikiem, zrobił karierę państwową, zwolnił go z pracy,
razem z braćmi Kaczyńskimi („jako ostatniego komunistę”) pan Lech Wałęsa,
prezydent Polski. Zatrudnił go pan Lech Kaczyński, który po opuszczeniu Pałacu
prezydenckiego został prezesem Najwyższej Izby Kontroli.
Redaktor naczelny
nie poinformował mnie o listach. Dopiero, gdy ukazał się w „Radzie Narodowej”
artykuł Jurka mogłem donosy przeczytać. Miałem się od tej pory na baczności.
Nie zrezygnowałem jednak z krytycznego pisania. W następnym artykule „Dlaczego
milczą?” opisałem stosunki panujące w Krotoszynie, gdzie usunięty z komitetu
powiatowego PZPR pracownik został dyrektorem Miejskiego Przedsiębiorstwa
Gospodarki Komunalnej. Po kilku krytycznych artykułach zaczęły napływać do mnie
listy od radnych i pracowników rad narodowych różnych szczebli. To mnie
inspirowało.
„Dość krytyki –
usłyszałem od naczelnego – napisz coś pozytywnego” Wybrałem się do Sokółki, by
zrobić zdjęcia i napisać, jak chłopi, oddają państwu socjalistycznemu zboże,
wtedy jeszcze istniały „obowiązkowe dostawy”. Przewodniczący prezydium PRN powitał mnie
przyjaźnie i zaproponował bym odpoczął i zwiedził miasto, a następnego dnia w
towarzystwie urzędnika odpowiedzialnego za realizację „obowiązkowych dostaw”
odwiedził kilka punktów skupu w powiecie. Dotarliśmy do trzech, gdzie furmanki
przyozdobione transparentami stały w kolejce. Gdybym nie urodził się i nie
wychował na wsi prawdopodobnie przywiózłbym do Warszawy zdjęcia i napisał
laurkę. Zachowanie rolników, gdy robiłem zdjęcia, sprawiło, że następnego dnia
wybrałem się do punktów skupu bez asysty, korzystając z transportu PKS-u. I
wtedy dowiedziałem się prawdy. Rolnicy wytłumaczyli mi, że odstawianie zboża
natychmiast po żniwach jest nonsensem, bo przecież trzeba ścierniska podorać,
posiać poplony, a dopiero potem zboże odstawiać. Opisałem to wiernie. Szef
powiedział mi, że jestem nieuleczalnie „zwichnięty”, a sekretarz Rady Państwa,
pan Julian Horodecki przyznał mi za artykuł premię, pierwszą w moim życiu, w
wysokości 800 złotych, słownie (osiemset złotych) tyle wynosiła moja miesięczna
pensja, bez „wierszówki.”
Teraz, gdy w
Bibliotece Narodowej, po 63 latach przeglądałem tygodnik „Rada Narodowa” i
przypominałem sobie własne artykuły, w których krytykowałem ówczesne negatywne
zjawiska, widzę jak fałszywie i niegodziwie przedstawia tamte czasy Instytut
Pamięci Narodowej stworzony zgodnie przez Prawo i Sprawiedliwość i Platformę
Obywatelską. (CDN).
środa, 27 grudnia 2017
NA ODCHODNE (rok 1955)
Rok 1955 był dla
mnie najważniejszy w życiu. Dwunastego
maja 1955 roku wzięliśmy z Renią ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego na Nowym
Świecie w Warszawie. W tym samym dniu, na Krakowskim Przedmieściu, powstał
Układ Warszawski, po którym nie ma już śladu, a nasze małżeństwo trwa nadal,
bez sakramentu.
W czerwcu 1955 roku ukończyłem studia, a w
lipcu podjąłem pracę.
Ślub wzięliśmy w
Warszawie, a wesele odbyło się w Ciemniku, w powiecie stargardzkim. Wyprawili je nam Irka, moja ciocia i jej mąż
Franciszek Czerwionka. Do Ciemnika
przyjechało kilku naszych kolegów. Julek Bartosz został pojmany przez
żołnierzy. Wybrał się bowiem z aparatem fotograficznym do lasu, gdzie został
zatrzymany, bo w tym czasie w szczecińskich lasach trwały manewry. Na szczęście
mąż mojej cioci Julci, Janek Marcinkowski był oficerem Wojska Polskiego,
uczestniczył w weselu i potwierdził, że Julek nie jest szpiegiem tylko
weselnikiem.
Pod koniec maja
obroniłem pracę magisterską, a w czerwcu zostałem zwerbowany przez panią
Felicję Fornalską, szefową kadr w Kancelarii Rady Państwa do pracy w tygodniku
„Rada Narodowa”. Mój przyjaciel, Janek Czapczyński, też dał się skusić, bo
również zawarł związek małżeński, a pani Felicja Fornalska gwarantowała
mieszkania. Przez parę miesięcy mieszkaliśmy w hotelu sejmowym, który świecił
pustką, sesje Sejmu odbywały się wtedy rzadko. Potem przenieśliśmy się do domku
fińskiego, położonego w parku, tuż za Sejmem. Naszymi sąsiadami (domek obok)
byli państwo profesorostwo Lefeldowie. Pan profesor dorabiał w Polskim Radio akompaniując artystom śpiewającym. Spikerzy zapowiadając występ solisty informowali : przy fortepianie Jerzy Lefeld. Pewnego dnia spiker zapowiedział: przy fortepianie leży Lefeld. Mieszkanie w domku fińskim Reni się podobało bardzo, bo romantycznie, wcześnie rano zbierała przed domkiem pieczarki. Domek fiński dzieliliśmy z Olą i Jankiem Czapczyńskimi, którzy mieszkali w większym pokoju, bo mieli już córeczkę Małgosię. Nam przypadł pokój mniejszy. Kuchnia i łazienka były wspólne. Obiady jadaliśmy w stołówce sejmowej, nie serwowano dań wyszukanch, ale smaczne i pożywne, a co najważniejsze nie drogie. Domek ogrzewaliśmy piecami, węgiel przechowywaliśmy w piwnicy. W lutym 1956 roku Renia urodziła córeczkę, w szpitalu na Karowej. Po powrocie do domu, uznała, że trzeba rozebrać piec, bo po nagrzaniu pojawiały się na jego powierzchni szparki, co mogło grozić zaczadzeniem. Piec rozebraliśmy i wstawiliśmy nowy, metalowy, prezentujący się bardzo efektownie. Miał tylko jedną wadę, nie trzymał ciepła, jak ten rozebrany i w nocy musieliśmy rozpalać węgiel. Bo zimy w tamtych czasach były surowe.
byli państwo profesorostwo Lefeldowie. Pan profesor dorabiał w Polskim Radio akompaniując artystom śpiewającym. Spikerzy zapowiadając występ solisty informowali : przy fortepianie Jerzy Lefeld. Pewnego dnia spiker zapowiedział: przy fortepianie leży Lefeld. Mieszkanie w domku fińskim Reni się podobało bardzo, bo romantycznie, wcześnie rano zbierała przed domkiem pieczarki. Domek fiński dzieliliśmy z Olą i Jankiem Czapczyńskimi, którzy mieszkali w większym pokoju, bo mieli już córeczkę Małgosię. Nam przypadł pokój mniejszy. Kuchnia i łazienka były wspólne. Obiady jadaliśmy w stołówce sejmowej, nie serwowano dań wyszukanch, ale smaczne i pożywne, a co najważniejsze nie drogie. Domek ogrzewaliśmy piecami, węgiel przechowywaliśmy w piwnicy. W lutym 1956 roku Renia urodziła córeczkę, w szpitalu na Karowej. Po powrocie do domu, uznała, że trzeba rozebrać piec, bo po nagrzaniu pojawiały się na jego powierzchni szparki, co mogło grozić zaczadzeniem. Piec rozebraliśmy i wstawiliśmy nowy, metalowy, prezentujący się bardzo efektownie. Miał tylko jedną wadę, nie trzymał ciepła, jak ten rozebrany i w nocy musieliśmy rozpalać węgiel. Bo zimy w tamtych czasach były surowe.
Dodam jeszcze, że
do domku wprowadziliśmy się z dwoma walizkami, udało nam się kupić tapczan,
szafę i stół z krzesłami. Byliśmy szczęśliwi i pełni nadziei, które w dużej
mierze się spełniły. Tak, tak, proszę Państwa, byliśmy szczęśliwi w PRL czyli w
komunizmie, który to, komunizm obaliła wątła aktorka Joanna Szczepkowska, a
teraz potężny, minister Błaszczak Mariusz usiłuje podkraść jej zasługi.
piątek, 15 grudnia 2017
NA ODCHODNE (egzaminy)
Zbliżam się do
końca studiów, więc kilka słów o egzaminach. Egzaminy to są dopiero przeżycia,
stresy, giełdy, radość i poczucie klęski. Na szczęście nie oblałem ani jednego
egzaminu, ale grozę klęski przeżyłem i do dziś nie mogę się od niej uwolnić.
Ale o tym na końcu.
Mieszkanie w
akademiku ułatwiało naukę, przygotowywaliśmy się w swobodnie dobieranych
grupach i razem zdawaliśmy. Zależało to od przeprowadzającego egzamin.
Egzamin z państwa
i prawa u profesora Biskupskiego dawaliśmy w czwórkę. Na pytanie co to jest
państwo, odpowiedziałem jednym słowem : „dubinka” (kij dębowy), bo pamiętałem,
że profesor posługiwał się tym leninowskim określeniem z lubością. Kolegów
„pomaglował”, a mnie już żadnych pytań nie zadał. Dopiero po wyjściu na
korytarz zobaczyłem, że za jedno słowo dostałem piątkę! To się nazywa
szczęście.
U profesor Janiny
Kotarbińskiej logikę zdawało się w dwóch etapach. Najpierw u asystenta, a
dopiero potem u pani profesor. Odpowiadaliśmy właśnie u asystenta, gdy wywołano
go do telefonu. Na biurku leżał otwarty zeszyt z naszymi nazwiskami. Przy moim
dopisek : „w czasie wykładu podszczypywał studentkę.” Strach padł na mnie
paraliżujący. Wszyscy dostaliśmy trójki.
Pani profesor zapytała każdego z nas czy
jesteśmy zadowoleni z ocen. Koledzy odpowiedzieli, że nie, ja odpowiedziałem
twierdząco. Pani profesor nie zadała mi pytania, kolegom postawiła czwórki.
Zosia koleżanka z naszej grupy była dziewczyną pulchniutką, miłą, uśmiechniętą,
uosobieniem kobiecości. Z pewnością uszczypnąłem ją w czasie wykładu, co nie
uszło uwagi asystenta Peltza.
Do egzaminu z
filozofii przygotowywaliśmy się przez kilka dni. Dyskusje i spory przebiegały
burzliwie. Janek z filozofii był najlepszy. Zdawaliśmy u Leszka Kołakowskiego,
nie miał jeszcze tytułu profesorskiego, ale już wtedy słynął z ogromnej wiedzy
i surowych wymagań. Przed żadnym egzaminem na giełdzie nie zgromadziło się tylu
studentów. Kołakowski egzaminował indywidualnie. Janek, jako najlepszy na roku
znawca filozofii poszedł pierwszy. Gdy po wyjściu z egzaminu otworzył indeks o
mało nie zemdlał, albowiem dostał ocenę niedostateczną. Powiało grozą.
Wchodziłem na egzamin, jak na szafot.
Leszek Kołakowski
poprosił o omówienie pięciu dowodów świętego Tomasza z Akwinu na istnienie
Boga. Szło mi dobrze, ale po czwartym dowodzie, poczułem w głowie absolutną
pustkę. Powiedziałem więc zdesperowany,
że więcej grzechów nie pamiętam. Kołakowski poprosił o indeks… po wyjściu z
pokoju zobaczyłem wpis : „bardzo dobrze”. I jak tu nie wierzyć w cuda!
Roman Karst wykładał
na naszym wydziale literaturę powszechną. Na jego błyskotliwe, dwugodzinne
wykłady ściągały tłumy. Po godzinie ogłaszał piętnastominutową przerwę na
papierosa. Na jednej z przerw udało mi się przecisnąć do Profesora i wziąć
udział w dyskusji. Zdążyłem wypowiedzieć, że przeczytałem dobra książkę… i w
tym momencie Profesor mi przerwał.
- Niech pan nie
czyta dobrych książek.
- Zdziwiony
zapytałem, dlaczego?
- Bo nie starczy
panu czasu na bardzo dobre.
Wykłady z
literatury radzieckiej profesor Karst zainaugurował anegdotą o Ilji Erenburgu,
który nie był lubiany w ZSSR, a w jednej ze swoich książek użył sformułowania
„boląca pustka”. Krytyk z „Litieraturnoj
Gaziety” kąśliwą recenzję z książki zakończył pytaniem: jak może boleć
pustka?
Ilja Erenburg też
odpowiedział pytaniem: a czy was towarzyszu nigdy nie bolała głowa?
Egzaminy
zdawaliśmy u profesora w domu. Jego śliczna córeczka uratowała przed klęską sporo
zdających, na jej prośbę Profesor zawsze poprawiał ocenę.
Mnie nie
uratowała, albowiem na pytanie co Artamonow w nocy robił z kochanką,
odpowiedziałem: przypuszczalnie to co pan z żoną. Wyleciałem z pokoju na zbity
pysk. Słusznie. Uratowali mnie asystenci Profesora, którego kornie i szczerze
przeprosiłem. Moją wiedzę ocenił na 4+. Profesor miał litościwe serce.
środa, 13 grudnia 2017
NA ODCHODNE (brygada żniwna)
Profesora, Karola
Modzelewskiego w czasach jego młodości (1955 r.) wysłano na brygadę żniwną do
PGR, gdzie zobaczył „...wielkie majątki ziemskie w stanie kompletnego upadku…”
„Spaliśmy w prymitywnych barakach na zapchlonych siennikach, ale nie przyjechaliśmy
przecież do eleganckiego hotelu, a z plagą pcheł walczyliśmy, paląc i
wymieniając słomę.” Przytoczyłem fragmenty z książki „Zajeździmy kobyłę
historii, wyznania poobijanego jeźdźca” , by wyrazić mu współczucie, że miał
pecha, bo ja dwa lata wcześniej (1953 r.) w towarzystwie koleżanki z roku, nie
przymuszany przez nikogo pojechałem do PGR-u w powiecie węgorzewskim, gdzie miałem
doskonałe warunki i miesiąc ciekawych wakacji. W tym samym czasie, Renia,
(Wydział Filologii Polskiej UW) też z własnej woli, znalazła się w PGR, gdzie
przeżyła nawet, o tym nie wiedząc, spotkanie z ministrem Państwowych
Gospodarstw Rolnych.
O przygodzie Reni
i mojej serdecznej koleżance za chwilę. Teraz kilka słów o zachowaniu żniwnych koleżanek
i kolegów z różnych uczelni i środowisk, znających wieś z literatury. Dla nich
wszystko w tym PGR było egzotyką, ja urodzony i wychowany na wsi czułem się jak
w domu, a kierownik gospodarstwa powierzył mi nawet traktor, którym dokonywałem
podorywek ściernisk.
Spaliśmy w
czystych pomieszczeniach, a posiłki nie różniły się od tych, które
przygotowywała moja babcia, Józefa
Grudzińska, w Strzałkowie.
Renia
Krzysztofińska, moja sympatia wiązała snopki w innym PGR. Pewnego dnia w samo
południe, gdy słońce prażyło niemiłosiernie brygada studencka zrobiła sobie
przerwę i właśnie w tym momencie na polnej drodze pojawiło się kilka czarnych
limuzyn. Renia nie pamięta czy były to czarne wołgi, bo motoryzacja nigdy ją
nie interesowała. Pamięta natomiast, że z samochodów wysiadło kilku mężczyzn w czarnych
garniturach, a najwyższy z nich ryknął: do roboty darmozjady i leniuchy. Ledwo
skończył Renia wstała ze snopka i odpowiedziała: jest pan źle wychowanym
człowiekiem, bo zamiast powiedzieć dzień dobry wymyśla nam od darmozjadów. Nie
jest to pana folwark… w tym momencie dostrzegła, że mężczyźni stojący za
wysokim dają jej znaki, by przestała mówić. To ją rozsierdziło jeszcze bardziej
i wygarnęła wysokiemu co o nim myśli. Zapytana o nazwisko przedstawiła się i
powiedziała, gdzie studiuje.
Kurz jeszcze nie
opadł po odjeżdżających samochodach, gdy dowiedziała się, że obraziła ministra
PGR, Hilarego Chełchowskiego. Po powrocie na uczelnię rektor Uniwersytetu Warszawskiego, pan
Stanisław Turski zaprosił Renię na rozmowę, wysłuchał relacji, westchnął głośno
i życzył Reni dobrych ocen na egzaminach.
Z kronikarskiego
obowiązku wspomnę tu, że wiele koleżanek z roku darzyło mnie zaufaniem. Renia
mówiła, że jestem „babskim sołtysem”. Przychodziły do mnie po porady, zwierzały
się ze swoich przeżyć i kłopotów. Darzyły mnie zaufaniem, bo umiałem słuchać i
nikomu nie powtarzałem naszych rozmów. Jedna, bardzo piękna koleżanka,
podarowała mi nawet swoje zdjęcie z dedykacją „Najmilszemu koledze z wydziału.
Weronika” Imię jest nieprawdziwe. Do dziś przechowuję je w albumie. Mniej
urodziwe koleżanki trochę jej dokuczały, a ja często ją broniłem. Przed zakończeniem
roku akademickiego właśnie, pochodząca z rodziny robotniczej, nie najlepiej
sytuowanej, zapytała mnie jak będę spędzał wakacje? Odpowiedziałem, że wybieram
się na brygady żniwne. Mogę z tobą jechać?
Wyruszyliśmy razem do PGR-u na żniwa i nasza
przyjaźń trwała do końca studiów. Minęły lata. Pewnego dnia dowiedziałem się o
spotkaniu autorskim mojej pięknej koleżanki. Kupiłem natychmiast książkę. Kiedy
skończyła swoją opowieść podszedłem z książką prosząc o autograf. Zorientowałem
się, że mnie nie poznała.
- Weroniko, nie
poznajesz mnie?
- Nie, jak się
nazywasz?
- Chrzanowski
- To ty mnie
wysłałeś na żniwa do PGR-u!
Zaniemówiłem. Mój
przyjaciel z czasów studiów, gdy mu powtórzyłem rozmowę, pocieszył mnie: nie
przejmuj się, teraz wielu beneficjentów Polski Ludowej twierdzi, że straszliwie
cierpiało za PRL.
wtorek, 12 grudnia 2017
ŁZY WZRUSZENIA...
Premier, pan
Mateusz Morawiecki swoim wystąpieniem wzruszył mnie do łez. Zapowiedział bowiem
koniec walk polskich plemion, obiecał, że nie będę obywatelem gorszego sortu
tylko pełnoprawnym Polakiem, że moje wnuki nie będą poniżane w Londynie i wrócą
do ojczyzny sprawiedliwej. Niech Bóg błogosławi Panu, premierze Morawiecki w
dziele jednoczenia Polaków. Dziękuję, że zrywa Pan z obłędną polityką Jarosława
Samozwańca, która podzieliła obywateli.
Oczekuję, że
położy Pan kres pustoszeniu miast polskich, że troglodyci nie będą zmieniać
ulicy Stefana Okrzei, Leona Kruczkowskiego, Armii Ludowej… Cieszę się, że
państwo, którego jest Pan nowym premierem wzbogaci Europę polskimi wartościami
i na zasadzie wzajemności skorzysta z osiągnięć lepiej od nas rozwiniętych krajów.
Oczekuję, że zniesie Pan kołtuńskie wprowadzenie recept na tabletkę „dzień po.”
Mówił Pan tak pięknie o kobietach, o rodzinie. Spodziewam się, że Pana rząd
przywróci refundację in vitro.
Wzruszył mnie Pan
wspominając w swoim wystąpieniu o ojcu, mamie i cioci. Tatuś Pana, Panie
premierze jest ode mnie młodszy o dziesięć lat, mam więc nadzieję, że uszanuje
Pan życie mojego taty (walczył w armii generała Maczka i mojego stryja, który
walczył w armii generała Berlinga). Dwaj bracia szli do Polski z różnych stron
świata. Żarliwe wezwanie do jedności Polaków daje mi nadzieję, że uszanuję Pan
także mój trud, jaki wniosłem do budowy Pana i mojej Ojczyzny.
Z
niespotykaną, u rządzących, wrażliwością mówił Pan o estetyce miast,
o wygodzie życia w
wielkich skupiskach, o ich historii i pokoleniach, które te miasta wznosiły i
odbudowywały. Mogę więc mieć nadzieję, że powstrzyma Pan barbarzyńców i nie
dopuści do zburzenia PKiN, który jest cząstką naszej kultury.
Przedstawił Pan w swoim
wystąpieniu wizję Polski szczęśliwej, z polskim kapitałem działającym pod
rządami mądrego państwa, albowiem
neoliberalizm nie rozwiązał społecznych problemów. Co do spustoszeń
poczynionych przez neoliberalizm mogę
się z Panem zgodzić. Natomiast kapitalizm, jak wszystkie poprzedzające go
ustroje kiedyś się skończy.
Mimo wszystko
życzę Panu sukcesów.
Niech pański Bóg,
Panie premierze, doda Panu siły i odwagi i niech ma Pana w opiece. Kończę prośbą, niech Pan nie zapomina, jak
skończyła pani Beata Szydło i weźmie sobie do serca przemówienie pana Ryszarda
Terleckiego, wicemarszałka i szefa Klubu PiS.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
TEATRZYK KUKIEŁEK
Tego jeszcze nie
było. Jarosław Samozwaniec zafundował nam widowisko zajebiście nowatorskie.
Prześliczny teatr kukiełek, żałosny i śmieszny zarazem. Pan prezydent
zaprzysiągł nowy rząd w starym wydaniu. Dotychczasowa premierka została
przemianowana na wicepremierkę, do kuchni nie wróciła. Nie dostała jednak teki.
Mam nadzieję, że miłośnicy i wielbiciele zrobią ściepkę i kupią jej jakąś
teczkę. Pan wicepremier został premierem i zamierza dokonać natychmiastowej
chrystianizacji zdemoralizowanej Europy. Hufce bojowe przygotuje zapewne
człowiek stosujący ubeckie metody, któremu pan prezydent rąsię uścisnął,
wręczył nowogrocką nominację i przysięgę przyjął. I ja mam
szanować takiego prezydenta?
Animator tego
widowiska robi sobie z nas jaja, jaja rządowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












