Zgodnie z praktyką PiS, ostatniej nocy Sejm zebrał się by uchwalić kilka ustaw. Posełka, Krystyna Pawłowicz, przed wejściem na wysoką mównicę skonsumowała dwa BIG MACI i trzy kremówki, dla uczczenia świętego JP Second. Wdrapawszy się na mównicę zaproponowała zmianę nazwy naszej stolicy. Źródła zbliżone do posełki Krychy w następujący sposób relacjonują jej mowę: Wysoka Izbo, nazwa Warszawa jest skażona przez komunistów. Od biedy można by komuchom wybaczyć odbudowę miasta, ale wzniesienia Pałacu Kultury i Nauki wybaczyć nie sposób, albowiem ten symbol komunizmu uniemożliwia progeniturze Kornela Morawieckiego rechrystianizację Europy. Zburzyć gmaszydła, nasz ukochany premier, którego spłodził marszałek Senior, a nie żaden posłaniec nie może, albowiem w budżecie nie ma już pieniędzy choć sukcesów mamy mnóstwo. Proponuję zatem, aby nasza stolica nazywała się od tej chwili KACZAWA. Sejm przyjął ustawę burzliwymi oklaskami o godz. 0,32.
Następną ustawę przedłożył Sejmowi, weteran budowania demokracji, zasłużony prokurator, poseł Stanisław Piotrowicz. Zaproponował on zmianę nazwy Placu Józefa Piłsudskiego. Wysoka Izbo Sejmowa, rzekł były prokurator, Józef Piłsudski to w gruncie rzeczy nie tylko komuch, ale także terrorysta, a jak wiadomo nasz Wielki Brat zwalcza i komunizm i terroryzm. Naczelnik, jak powszechnie wiadomo, i do czego się przyznał, jeździł czerwonym tramwajem, wysiadł wprawdzie w Nieświeżu, ale w Bezdanach obrabował, wraz z bojówką terrorystyczną, pociąg wiozący carowi pieniądze i w ten sposób zapoczątkował upadek panowania Romanowów.
Plac, na którym ma być wybudowany monument - ciągnął swoje wystąpienie zasłużony prokurator - nazywany przez suwerena, „Schodami Prezesa” powinien nosić nazwę prawdziwego bohatera. Nazwa „Plac Lecha K. Walecznego” będzie pasowała jak ulał. Bowiem bohater walczył o wolność Gruzji na froncie przygotowanym przez prezydenta Saakaszwilego Wdzięczny prezydent Saakaszwili postawił swojemu koledze w dowód uznania popiersie w Tbilisi. Teraz biedaczek w Amsterdamie stresy leczy trawką, bo go komuchy przegoniły. Ale to nie ma znaczenia. Ustawę przyjęto o godz. 1,42 jednogłośnie.
Następnie Sejm przyjął ustawę znoszącą raz na zawsze tytuł „Prezes”, bowiem za komuny prezesów było ci u nas skolko ugodno. Prezesów gminnych spółdzielni, którzy rozpijali lud bogobojny. Teraz będzie, zamiast prezesa, obowiązywał nowy tytuł „Wielki Strateg Prawy i Sprawiedliwy” Kto się nie dostosuje dostanie kilka paralizatorów na najbliższym komisariacie. CDN-jutro.
niedziela, 1 kwietnia 2018
środa, 28 marca 2018
NA ODCHODNE (Sukces)
Cieszyliśmy się,
że Fikcje i Fakty ocalały, jako książka. Moje „wstępniaki” poddawano
wewnętrznej cenzurze. Szef redakcji Wydawnictw Seryjnych, Bolesław Kowalski
miewał od czasu do czasu wątpliwości, prosił więc o rzucenie okiem na moje
wynurzenia szefa KAW, Dobrosława Kobielskiego, znanego z wielu talentów, który
na cenzora się nie nadawał.
Na wszelki wypadek
jednak Fikcje i Fakty poddane zostały ocenie. Przyjąłem decyzję za fakt
normalny, a recenzję za fikcję. Zwłaszcza elaborat przygotowany przez Bohdana
Kosteckiego. Recenzent ów nie pozostawił na zespole suchej nitki. Główny zarzut
to „okcydentalizm”, zachłyśnięcie się zachodem i zachodnimi wynalazkami. Oto kilka cytatów z
recenzji Kosteckiego. „Cykl światopoglądowy uzupełnia bardzo jednostronnie redagowany
dział nowinek technicznych. Koncentruje się on wyłącznie na najnowszych
osiągnięciach elektroniki w wysoko rozwiniętych krajach kapitalistycznych,
głównie w odniesieniu do wysokiej jakości sprzętu użytkowego /gramofony
cyfrowe, elektroniczne aparaty fotograficzne, minikomputery domowego użytku/. I
tu dochodzimy do bardzo niepokojącego zjawiska. Redakcja F i F obszar świata
socjalistycznego pomija całkowicie.” Bohdan
Kostecki zalecał pisanie „…o programie gazyfikacji ciężkiego i dostawczego
transportu miejskiego Moskwy czy o metodzie mycia …rzek”.
No cóż?
Recenzje,
recenzjami. Dla zespołu najważniejsi byli czytelnicy. Fikcje docierały do
(wymieniam państwa skąd otrzymywaliśmy listy): Szwecji, Belgii, Holandii,
Francji, Szwajcarii, Kanady, Republiki Południowej Afryki i Australii. Pani
Grażyna Ostaszewska z RPA napisała: „Proszę mi wierzyć, że tak daleko od kraju
pańskie „Fikcje i Fakty” nabierają dla nas szczególnego znaczenia…mimo, że
chodzimy do góry nogami…”
Pani E. K ze
Szwecji: „czytam od deski do deski „F i F”, ale dlaczego za osobę roku uznał
Pan milicjanta?...”
Z kraju. Pani, Barbara Rożniakowska: „F i F jest to czytadło
dla kucharek z nieco lepszych domów, ale
po przejrzeniu ostatnich numerów dodałabym, że państwo od czasu do czasu
podkradają „F i F’ służbie…”
Pan, Piotr E.
Liczner ze Śremu: „Już bardzo długo „chodzę” za „F i F” , jak na razie
szczęście mi dopisuje. Nie oznacza to jednak, że wszystkie egzemplarze ”F i F”
udało mi się zdobyć. Właśnie zdobyć, a nie kupić, bo taka jest skala
trudności.”
W pięćdziesiątym,
jubileuszowym, zeszycie odpowiadając
czytelnikom, na pytania napisałem: „I tu doszliśmy do pierwszego paradoksu.
„Fikcje i Fakty” trzeba zdobywać. Jak wykazały nasze własne badania , 40%
kiosków w stolicy „F i F-u” nie otrzymuje. A jednocześnie parę tysięcy
egzemplarzy zalega w magazynach. Czym to tłumaczyć? W realnym socjalizmie
wszystko jest możliwe. Rzucamy więc hasło: przystąpmy wreszcie do budowy
sprawnego socjalizmu i sytego, oczywiście”
„Fikcje i Fakty”
były sukcesem wydawniczym w tamtych czasach. Osiągnęliśmy nakład 200.000
egzemplarzy! Mimo reglamentacji papieru, ocen krytycznych i połajanek.
Prosząc o
wybaczenie nieskromności zamieszczam trzy zdjęcia.
czwartek, 22 marca 2018
NA ODCHODNE (Fikcje i Fakty)
Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po sukcesie pierwszego zeszytu (dlaczego zeszytu) wyjaśnię później, gdy w kioskach ukazał się zeszyt drugi. Rysunkiem ( zdjęcie nr 1) na pierwszej stronie okładki i tekstem Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Jachniczek i Marysieńka” czciliśmy trzechsetną rocznicę Wiktorii Wiedeńskiej. Telefony z pytaniami: gdzie można kupić Fikcje i Fakty nie milkły, a my właśnie zastanawialiśmy się jak sukces uczcić, gdy znowu zadzwonił telefon. Usłyszałem: panie redaktorze, szef prosi, aby się pan zjawił niezwłocznie w jego gabinecie.
Dobrosław Kobielski powitał mnie słowami: zobacz, jakiego piwa nawarzyłeś i wręczył mi karteczkę papieru napisaną własnoręcznie przez członka Biura Politycznego KC PZPR (zdjęcie nr 2) towarzysza Jana Główczyka. Usiłowałem złagodzić grozę sytuacji informując Kobielskiego, że znam dobrze Główczyka z czasów, gdy był on redaktorem naczelnym „Życia Gospodarczego”, przeszliśmy wtedy na „ty” i wypiliśmy nawet bruderszaft. Sławek, był kilka razy usuwany z zajmowanych funkcji (ostatnio ze stanowiska redaktora naczelnego „Perspektyw”), które stworzył, wiedział więc,, że moja znajomość z Główczykiem nie ma żadnego znaczenia. Członek Biura Politycznego uznał FiF za miesięcznik, a KAW (Kobielski) nie miała prawa wydawania żadnych czasopism, po tym jak w „Perspektywach” umieścił na okładce zdjęcie żołnierza chińskiego z dzieckiem na ręku, w czasie, gdy stosunki między ZSRR i CHRL były fatalne, no i zdjęcie pierwszego sekretarza komitetu warszawskiego partii w rozmowie z biskupem.
Wróciłem do FiF lekko przejęty, poleciłem redaktorom pisać notatkę, a sam udałem się na spotkanie z koleżanką, Marią Kuczyńską z Wrocławia, bawiącą w stolicy, do kawiarni „Pod Kurantami” mieszczącej się po drugiej stronie ulicy Wilczej. Maria spostrzegła moją markotną minę, bo zapytała, jakie mam kłopoty. Podarowałem jej dwa zeszyty FiF. Po wypiciu kawy udaliśmy się do Biblioteki Narodowej, gdzie pracowała krewna mojej koleżanki i tam bez trudu umieszczono FiF w katalogu książek, a nie czasopism. W ten nie wyszukany sposób Maria sprawiła, że odpadł zarzut, iż Fikcje i Fakty są pismem. Gdyby ktoś z Państwa zapragnął rzucić okiem FiF to proszę ich szukać w katalogu książek. Towarzysz, Jan Główczyk przyjechał na Wilczą, nie zaproszono mnie na spotkanie.
Fikcje i Fakty ukazywały się nadal, ale moje „wstępniaki” z pierwszej strony poddawane były wewnętrznej cenzurze. Ale o tym w następnym wspomnieniu.
Dobrosław Kobielski powitał mnie słowami: zobacz, jakiego piwa nawarzyłeś i wręczył mi karteczkę papieru napisaną własnoręcznie przez członka Biura Politycznego KC PZPR (zdjęcie nr 2) towarzysza Jana Główczyka. Usiłowałem złagodzić grozę sytuacji informując Kobielskiego, że znam dobrze Główczyka z czasów, gdy był on redaktorem naczelnym „Życia Gospodarczego”, przeszliśmy wtedy na „ty” i wypiliśmy nawet bruderszaft. Sławek, był kilka razy usuwany z zajmowanych funkcji (ostatnio ze stanowiska redaktora naczelnego „Perspektyw”), które stworzył, wiedział więc,, że moja znajomość z Główczykiem nie ma żadnego znaczenia. Członek Biura Politycznego uznał FiF za miesięcznik, a KAW (Kobielski) nie miała prawa wydawania żadnych czasopism, po tym jak w „Perspektywach” umieścił na okładce zdjęcie żołnierza chińskiego z dzieckiem na ręku, w czasie, gdy stosunki między ZSRR i CHRL były fatalne, no i zdjęcie pierwszego sekretarza komitetu warszawskiego partii w rozmowie z biskupem.
Wróciłem do FiF lekko przejęty, poleciłem redaktorom pisać notatkę, a sam udałem się na spotkanie z koleżanką, Marią Kuczyńską z Wrocławia, bawiącą w stolicy, do kawiarni „Pod Kurantami” mieszczącej się po drugiej stronie ulicy Wilczej. Maria spostrzegła moją markotną minę, bo zapytała, jakie mam kłopoty. Podarowałem jej dwa zeszyty FiF. Po wypiciu kawy udaliśmy się do Biblioteki Narodowej, gdzie pracowała krewna mojej koleżanki i tam bez trudu umieszczono FiF w katalogu książek, a nie czasopism. W ten nie wyszukany sposób Maria sprawiła, że odpadł zarzut, iż Fikcje i Fakty są pismem. Gdyby ktoś z Państwa zapragnął rzucić okiem FiF to proszę ich szukać w katalogu książek. Towarzysz, Jan Główczyk przyjechał na Wilczą, nie zaproszono mnie na spotkanie.
Fikcje i Fakty ukazywały się nadal, ale moje „wstępniaki” z pierwszej strony poddawane były wewnętrznej cenzurze. Ale o tym w następnym wspomnieniu.
środa, 21 marca 2018
NA ODCHODNE (Z Chełmskiej na Wilczą)
Gdy po
wprowadzeniu stanu wojennego Jasiu Grzelak mnie nie zweryfikował czyli wyrzucił
z pracy, podobny los spotkał Renię, znaleźliśmy się w olbrzymiej pustce. Renia
odwołała się do sądu i sprawę wygrała, do pracy wróciła tylko na jeden dzień,
by pokazać złoczyńcom, że nie mają władzy absolutnej i okazać im pogardę.
Do mnie przyjechał, czego się nie
spodziewałem, Julian Bartosz z Wrocławia i zaproponował mi pracę. Nie znajduję
słów, aby wyrazić mu za to wdzięczność. Okazał się moim przyjacielem, gdy
znalazłem się w sytuacji beznadziejnej.
W końcu, z Chełmskiej przeniosłem się na
Wilczą, do Krajowej Agencji Wydawniczej, którą kierował Dobrosław Kobielski,
człowiek urodzony jedno pokolenie za wcześnie, znakomity menedżer, świetny
organizator, wielki i odważny ryzykant. Lista jego zalet jest nieskończenie
długa, w tym miejscu wspomnę jeszcze o jednej, dawał swoim pracownikom dużo
swobody, nie ingerował w pomysły, porażki twórcze podwładnych przyjmował ze
spokojem i zrozumieniem. KAW wydawał nie tylko książki, drukował pocztówki,
tłoczył płyty winylowe, czasowo dla zdobycia dewiz skupował makulaturę, by
kupić pierwszy w Polsce „fotoskład,” tak się wtedy nazywało komputerowe „
łamanie tekstów książek.”
Przyjęto mnie w KAW
życzliwie. Abym się nie nudził Kobielski zlecił mi realizację filmu reklamowego
o firmie. Dzięki temu poznałem szybko potęgę KAW, odwiedziłem bowiem wszystkie
oddziały wojewódzkie KAW zbierając materiał do scenariusza.
Trafiłem do redakcji
„Wydawnictw Seryjnych.” i zostałem zastępcą redaktora naczelnego, miałem do
dyspozycji jednoosobowy pokój, biurko i trzy krzesła. W pokoju stała ogromna
szafa, a w niej… o tym w innym odcinku. To właśnie w mojej redakcji powstawał
głośny wówczas i ceniony „Ekspres Reporterów”, wydawano powieści, poezję,
książki sportowe, kucharskie i poradniki.
Kierownik redakcji
sportowej, Tadeusz Olszański przyszedł do mnie z pomysłem stworzenia „czytadła”
książki do pociągu, dalekobieżnego autokaru, do kolejki, do poczekalni lekarskiej.
Pomysł podobał mi się bardzo. Tytuł budził zastrzeżenia. Zaprosiłem więc
redaktorów wszystkich działów, by podyskutować o „czytadle”. Uczestnicy
dyskusji zgłosili różne propozycje, nie szczędzono nam krytyki. Magda
Czaputowicz, koleżanka ze studiów, wręcz pomysł zniszczyła. Zarzuciła nam, że
będziemy ogłupiać ludzi. W takiej atmosferze powstały „Fikcje i Fakty”. Tytuł
wymyśliła Anna Susicka. Pierwszy numer (nakład 50.000) rozszedł się, jak
świeże, pachnące bułeczki. I wtedy zaczęły się, niespodziewane, kłopoty… (CDN)
1. Okładka pierwszego zeszytu Fikcji i Faktów.
2. Okładki FiF z różnych okresów.
1. Okładka pierwszego zeszytu Fikcji i Faktów.
2. Okładki FiF z różnych okresów.
piątek, 16 marca 2018
SZTUKĘ RZĄDZENIA...
PiS opanował do perfekcji. Nocami pichci ustawy, rano je nowelizuje i świat zadziwia. Prezeska Sadu Najwyższego grymasi, nocka nowelizacja i prezeska Trybunału Konstytucyjnego otworzy. W dzień natomiast nagradza nocny wysiłek premiami sowitymi, jakich w całej historii Lechistanu ani królowie ani rządy sobie nie przyznawały, bo nie miały Prawa i Sprawiedliwości. Wszystkie rządy w przeszłości nie skasowały tyle limuzyn co PiS w ciągu dwóch lat.
Dygnitarze z PiS to prawdziwi komuniści (choć komunistów werbalnie zwalczają), Oni już żyją jak komuniści, nie używają pieniędzy, płacą kartami, każdy według własnych potrzeb, wydatkuje. Jak komuniści sowieccy ograniczają konsumpcję, aby suweren się nie przeżerał, w niedzielę pozamykali sklepy. Niech suweren ducha rozwija, ufności nie gasi w skromne życie urzędników pana B.
Prezesa mają wspaniałego, ino patrzeć jak zostanie generalissimusem. W partii panuje posłuszeństwo i dyscyplina jak w KPZR. Jeden prezes, jedna myśl, jeden rozum i wiara jedna.
Obcym, co robale usiłują przywlec do Lechistanu, wstęp surowo wzbroniony. Wspaniali Lechici, to anioły przeczyste i niewinne, kto chce ten obraz zbrukać za kratami się znajdzie.
Samodzielne myślenie i demonstrowanie swoich poglądów publicznie zabronione. Pamiętajcie, o szóstej rano dopadnie was prawo, a wieczorem sprawiedliwość. Sorry, przepraszam, izwienitie... kończę, ktoś puka do moich drzwi choć to dopiero 18,37.
Dygnitarze z PiS to prawdziwi komuniści (choć komunistów werbalnie zwalczają), Oni już żyją jak komuniści, nie używają pieniędzy, płacą kartami, każdy według własnych potrzeb, wydatkuje. Jak komuniści sowieccy ograniczają konsumpcję, aby suweren się nie przeżerał, w niedzielę pozamykali sklepy. Niech suweren ducha rozwija, ufności nie gasi w skromne życie urzędników pana B.
Prezesa mają wspaniałego, ino patrzeć jak zostanie generalissimusem. W partii panuje posłuszeństwo i dyscyplina jak w KPZR. Jeden prezes, jedna myśl, jeden rozum i wiara jedna.
Obcym, co robale usiłują przywlec do Lechistanu, wstęp surowo wzbroniony. Wspaniali Lechici, to anioły przeczyste i niewinne, kto chce ten obraz zbrukać za kratami się znajdzie.
Samodzielne myślenie i demonstrowanie swoich poglądów publicznie zabronione. Pamiętajcie, o szóstej rano dopadnie was prawo, a wieczorem sprawiedliwość. Sorry, przepraszam, izwienitie... kończę, ktoś puka do moich drzwi choć to dopiero 18,37.
wtorek, 13 marca 2018
NA ODCHODNE (na innych łamach)
Dzieląc się wspomnieniami, piszę w pierwszej
osobie, nie o mnie jednak chodzi, ale o czasy, w których przyszedłem na świat,
w których żyłem, uczyłem się i pracowałem. Prawicowe siły panujące
przedstawiają Polskę Ludową, jako państwo gnębione przez komunistów,
deprecjonują odbudowę Polski ze zniszczeń wojennych i dorobek pokoleń, postęp
cywilizacyjny, rozkwit kultury, awans najbiedniejszych warstw społecznych…
Z cenzury prawica uczyniła symbol ucisku. W
ZSRR i NRD cenzury prewencyjnej nie było, wystarczy porównać prasę polską,
radziecką i enerdowską, by sobie uzmysłowić różnicę. W prasie polskiej toczyły
się dyskusje i spory, krytykowano negatywne zjawiska i instytucje źle
pracujące. Współpracowałem z wieloma redakcjami, na łamach dzienników i
tygodników zamieszczałem artykuły, w większości były to materiały krytyczne.
Posłużę się
przykładem „Polityki” Artykuł „Beczka śmiechu czy goryczy ?” (Polityka nr 6/ 1966) spotkał się z krytyczną oceną sekretarza
Komitetu Warszawskiego PZPR, który orzekł:" "Jeśli idzie o niektóre artykuły "Polityki" - jak np. redaktorów: A. Mikke "Stołeczne paradoksy", Paszyńskiego "Mity i City", M. Chrzanowskiego "Beczka śmiechu czy goryczy", to ich wspólną cechą jest tendencja - w oparciu o odpowiednio dobrane i skomentowane materiały - podejmowania problemu generalniejszego, spraw związanych z koncepcją kierowania życiem i rozwojem miasta.
Wedle autorów wspomnianych artykułów władze miasta prawidłową koncepcją rozwoju Warszawy nie dysponują. To natomiast co robią charakteryzuje się brakiem realnych perspektyw, niekonsekwencją."
Wedle autorów wspomnianych artykułów władze miasta prawidłową koncepcją rozwoju Warszawy nie dysponują. To natomiast co robią charakteryzuje się brakiem realnych perspektyw, niekonsekwencją."
Uznałem słowa towarzysza sekretarza za
samokrytyczne i pisałem dalej.
Moim artykułem
„Polityka” rozpoczynała niezmiernie krytyczny cykl o stanie służby zdrowia
„Obyśmy zdrowi byli”, zakończony dyskusją lekarzy, profesorów, pielęgniarek i
pacjentów na spotkaniu w Warszawie.
Kierownik działu
krajowego „Polityki” redaktor, Józef Śmietański, stwierdził pewnego razu, że
nie mogę bez przerwy pisać krytycznie, powinienem pokazać, że widzę także
pozytywy. Wręczając mi delegację wysłał mnie w koszalińskie, gdzie w kilkunastu
PGR, dyrektorami byli absolwenci wyższych uczelni rolniczych. Pokaż młodych
bohaterów. Miałem napisać laurkę. Przywiozłem „DZIESIĘCIU GNIEWNYCH
DYREKTORÓW.” (Polityka
nr 4 /1968)
Mój artykuł
„Oficerowie produkcji czy technokraci” (Polityka nr 32/1968) skrytykował na łamach organu partii ( Trybuna Ludu 16.09. 1968) Juliusz Wacławek. Dostało się też
Andrzejowi K. Wróblewskiemu za „Anatomię załogi” ( Polityka nr 33/1968). Odpowiedzieliśmy solidarnie z Andrzejem
K. Wróblewskim artykułem „Robotnicy i technokraci” (Trybuna Ludu nr 275 6.10. 1968).
Z Januszem
Kędzierzawskim wzięliśmy w obronę młodego rolnika, Wacława Kupczyka ze wsi
Budzicz, w powiecie trzebnickim, gdzie jego rodzice wraz z całą wsią z za Buga
po wojnie się osiedlili, żyli i gospodarowali po staremu. Wacław Kupczyk,
student III roku Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu sprawdzał swoja wiedzę
na 7 hektarach, sprawdzał z powodzeniem, bo kupił „warszawę” produkowaną w FSO.
(Sławna kiedyś fabryka już nie istnieje). Sąsiedzi donieśli, gdzie trzeba, że
Kupczyk złoty skarb wykopał, a władze zaczęły węszyć, podejrzewać,
przesłuchiwać…
Większość moich artykułów publikowanych na
różnych łamach dotyczyła niedoskonałości występujących w Polsce Ludowej. Kiedy
dziś słyszę, jak prawicowi politycy usiłują obrzydzić tamte czasy to wiem, że
są to ludzie o ograniczonych zdolnościach umysłowych, którzy swoim prostactwem
obrażają miliony uczciwych Polaków.
poniedziałek, 12 marca 2018
CIURY PiS-owskie
Czytając
renomowane tygodniki zauważyłem, nie bez zdziwienia, że poważni żurnaliści,
doktorzy nauk, a nawet profesorowie poświęcili sporo uwagi wypowiedzi
opóźnionego intelektualnie, duchowego prostaczka, który ogłosił, że w 1968 roku
nie było Polski. Padły nawet pytania, jeśli Polski nie było, to gdzie się autor
urodził? W Kaczystanie, to chyba oczywiste.
Kaczystan to
państwo komiczne, pochłonięte przeszłością i pisaniem nowej historii przez
polityków, a nie profesorów. Kaczyści z nienaturalną pasją walczą z komunizmem
choć komunistów w Polsce tyle, że można ich zmieścić na jednej kanapie. A przy
tym komunistom chińskim i wietnamskim składają oficjalne wizyty, mizdrzą się do
komuchów i zabiegają o inwestycje. Czy nie sądzicie, że jest to polityczna i
moralna paranoja? W tempie, iście stachanowskim, pod osłoną nocy, jak szubrawcy
uchwalają i nowelizują przeróżne ustawy restrykcyjne. Nowelizacja ustawy o IPN
(Instytut Pisowskiej Nienawiści?) narobiła im tyle kłopotu, że nie mogą się
pozbierać. Aby zatrzeć klęskę, w pośpiechu wysmażyli ustawę degradacyjną i
ciemną nocą pozbawili prezydenta Polski, Wojciecha Jaruzelskiego stopnia
Generała.
W tym miejscu
protestuję przeciw nikczemnym czynom kaczystów i pytam: czy ciury pisowskie
mogą zdegradować Generała?
Pod osłoną, budują
w pośpiechu pomnik, w sąsiedztwie Grobu Nieznanego Żołnierza. Widzieliście
Państwo ten projekt? Lud czyli suweren nadał mu już nazwę. Schodki Prezesa. Koń
by się uśmiał.
Nie ma jeszcze
ustawy, że koniom śmiać się z Prezesa nie wolno i chyba nie uchwalą, bo stadniny
koni zdekomunizowali czyli zniszczyli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















