Pamiętacie Państwo te surmy zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości? Wrzeszczeli: mamy upoważnienie narodu. A głosowało na nich zaledwie 5.711.627 osób. Już w tym wrzasku brzmiała szulerska nuta. Przyśpieszone, pod osłoną nocy uchwalanie ustaw urealniało szulerskie praktyki.
Wprowadzenie 500 + choć niedoskonałe przyniosło im chwałę. Ale seniorów oszukali, bo bezpłatne są tylko niektóre leki, a prezes, pan Jarosław Kaczyński, słyszałem wypowiedź na własne uszy, tryumfalnie ogłosił, że wszystkie leki seniorzy otrzymują za darmo. Jeszcze jedna szulerka czy cyniczne kłamstwo, może fałszywe informacje przydupasów?
Oto senior, aby dostać się do kardiologa czeka w kolejce 6 miesięcy. Kardiolog, doktor nauk medycznych, nie ma prawa wypisać darmowego leku. Seniorka, senior z receptami od specjalisty ustawiają się w kolejce do lekarza rodzinnego, bo inny lekarz nie ma prawa wpisać na recepcie literki „S”. Tak nieudacznicy likwidują kolejki.
Popieram likwidację handlu w niedzielę. Ale rząd nieudaczników wprowadza zakaz połowicznie, więc powstaje bałagan. Rząd mamy pobożny. Ogłosił, że Polska wstaje z kolan. Brawo! Tylko dlaczego ja ich co niedzielę widzę na kolanach?
Wydawało się, ze nikt ich nie zatrzyma w niszczeniu instytucji demokratycznych. Dekomunizują na potęgę ulice i place, burzą pomniki. Jak faszyści wprowadzili zbiorową odpowiedzialność uchwalając ustawę dezubekizacyjną. Kobiety polskie usiłują zamienić w maszyny do rodzenia, chcą wraz z purpuratami zakazać aborcji. Tak się w pysze rozpędzili, że rozpętali w Polsce nastroje antysemickie, ze zdrajców robią bohaterów. Pycha i mściwość tak ich rozzuchwaliły, że zaczęli karać ludzi, którzy już nie żyją. Uchwalili ustawę degradacyjną.
Pamiętacie Państwo co nam obiecali? Zarzekali się, że brzydzą się ośmiorniczkami. Było to wierutne kłamstwo. Wydali swoim karty kredytowe, a premie przyznali sobie bajońskie. Jedna premia ministra to dwuletnia pensja nauczyciela! To niespotykane rozpasanie. I miarka się przebrała. Obywatelki i obywatele powiedzieli dość! Nie będziemy tolerować nikczemności, chciwości, ciemnoty i prostactwa. Słupki poparcia poleciały w dół. A to dopiero początek. Jeśli nie przedstawią wiarygodnych dowodów na to, że katastrofę smoleńską spowodował zamach, słupki znowu się obniżą. Przyjdzie czas, że zapytamy ile naszych pieniędzy wydano na udowodnienie szaleństwa.
wtorek, 3 kwietnia 2018
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
CZERWONE CZAPECZKI
Nasłuchałem się w
te święta starych kawalerów, w czerwonych czapeczkach, którzy zamiast zająć się
moim zbawieniem uprawiają politykę, krytykują kobiety broniące praw do własnych
decyzji o rodzeniu dzieci. Starzy kawalerowie nie znający rozkoszy z uprawiania
seksu (nie wszyscy, wielu zna) postanowili przy pomocy prawa stanowionego, a
nie boskiego, zmusić kobiety do rodzenia potworków. Jest to próba sadystyczna,
nieludzka, odrzucająca badania naukowe, osiągnięcia medycyny, zmianę obyczajów
i godność człowieka. Nie zabierałbym głosu, gdyby biskupi, arcybiskupi i
kardynałowie polscy karali katoliczki wedle praw, które nazywają boskimi. To
ich i pana Boga sprawa. Protestuję jednak, gdy czerwone czapeczki usiłują
sprawić, by kobiety nie wierzące, wolne i oświecone żyły wedle urojeń
obowiązujących w czasach średniowiecza, a tak naprawdę z piekła rodem.
Z jednej strony
panowie w czerwonych czapeczkach głoszą, że Bóg jest miłością i wszech dobrem,
a jednocześnie przy pomocy państwa pragną karać kobiety nieszczęśliwe. Czy Bóg
to akceptuje? Czy Bóg, którego są sługami jest tak okrutny, by cierpienie
kobiety rodzącej potworka dodatkowo karać, powiększać jej cierpienie. Pewien
niedorozwinięty umysłowo osobnik stwierdził nie tak dawno, że cierpienie
kobiety nie ma znaczenia, ważne, by narodzone, upośledzone nieszczęście
ochrzcić. Tego sobie życzy Bóg, który jest DOBROCIĄ? Nie wierzę!
ePiSkopat
wystosował do posłów ponaglenie, by nie zwlekali i jak najszybciej zakazali
aborcji.
I stała się rzecz
niebywała. Studentki i studenci powiedzieli DOŚĆ. Wtargnęli na dziedzińce siedzib
pysznych i bezwzględnych biskupów. Przypomnieli starym kawalerom w czerwonych
czapeczkach, że nie akceptują żadnej dyktatury, a zwłaszcza dyktatury sumienia.
Biskupom,
arcybiskupom i kardynałom, sługom Boga Litościwego dedykuję:


niedziela, 1 kwietnia 2018
ŚWIĄTECZNE ŚNIADANIE...
Obudziłem się o
9,51, przetarłem oczy, spojrzałem przez okno, a na podwórku słota ponura i
wiatr świszczy w kominie. Pomyślałem sobie, że Przedwieczny jaja sobie z nas
robi wielkanocne, bo dziś Prima Aprilis. Przeto szybko ogoliłem się, wziąłem
prysznic i pośpiesznie do kuchni się udałem, by mojej Reni, pogrążonej w śnie
niewinnym, śniadanie świąteczne przygotować. Tu dodam, że od wielu lat Renia ma
wstęp do kuchni wzbroniony, albowiem Przedwieczny stworzył kobietę nie dla
trzech KKK, a dla jednego K, by ją
kochać. Kończyłem właśnie wędlinę na półmisku układać, gdy usłyszałem pieśń, w
Reni wykonaniu: „Wesoły nam dzień dziś nastał…” Szybko nakryłem stół kolorowymi
jajkami-sprezentowanymi, przez najmilszą na świecie, sąsiadkę Zosię i wzniosłem
toast (winem z South Africa) za zmartwychwstałego Jezusa z Nazaretu, urodzonego
w Betlejem, którego z woli jego kochającego Tatusia Litościwego na krzyżu
uśmiercono.
Renia, która
głęboko i bezinteresownie wierzy w dobro, miłość i tym podobne drobiazgi,
świątecznie mnie skarciła, mówiąc, że Tatuś, synka Jezuska na śmierć posłał, by
takich, jak ja, bezbożników, zbawić raz na zawsze. Postawa Wszechmocnego
Tatusia Jezuska nie trafia mi do przekonania. Już bardziej rozumiem postawę
pana Zbyszka Ziobro, który usiłuje skazać lekarzy za to, że Tatusia mu „uśmiercili”.
Ponieważ spotkał się z oporem sądów niezawisłych to z niebywałą determinacją
usiłuje je zreformować czyli sobie podporządkować, na co ma zezwolenie
Wielkiego Stratega Prawego i Sprawiedliwego.
Renia widząc, że
zbaczam w politykę sprowadziła mnie na ścieżkę prawdy podkreślając
najznakomitsze walory Jezusa-Nauczyciela, który kochał bliźniego swego, jak
siebie samego i nadstawiał policzek, bo uwielbiał całuski. Takiego Człowieka
wśród współczesnych, a zwłaszcza rządzących już nie uświadczysz. Rządzący
bowiem, choć wierzący w Jezusa Zmartwychwstałego, prędzej się pozabijają niż
policzek nadstawią.
Osobiście cenię
Jezusa za to, że wodę w wino zamienił. Uczciłem Jego dokonanie w Kanie
Galilejskiej nawet wierszykiem. Gdy Renia była jeszcze panienką i od picia
winka się wzbraniała, nie mówiłem jej prostacko „chlapnij kochanie, będziesz
łatwiejsza” tylko wierszem ją zachęcałem, bo poezję uwielbiała .
Deklamowałem: Pij
dziewczyno, słodkie wino czy nie widzisz, że to cud? Jezus wodę zmieniał w
wino, aby się weselił lud.
Alleluja.
Z OSTATNIEJ CHWILI...
Zgodnie z praktyką PiS, ostatniej nocy Sejm zebrał się by uchwalić kilka ustaw. Posełka, Krystyna Pawłowicz, przed wejściem na wysoką mównicę skonsumowała dwa BIG MACI i trzy kremówki, dla uczczenia świętego JP Second. Wdrapawszy się na mównicę zaproponowała zmianę nazwy naszej stolicy. Źródła zbliżone do posełki Krychy w następujący sposób relacjonują jej mowę: Wysoka Izbo, nazwa Warszawa jest skażona przez komunistów. Od biedy można by komuchom wybaczyć odbudowę miasta, ale wzniesienia Pałacu Kultury i Nauki wybaczyć nie sposób, albowiem ten symbol komunizmu uniemożliwia progeniturze Kornela Morawieckiego rechrystianizację Europy. Zburzyć gmaszydła, nasz ukochany premier, którego spłodził marszałek Senior, a nie żaden posłaniec nie może, albowiem w budżecie nie ma już pieniędzy choć sukcesów mamy mnóstwo. Proponuję zatem, aby nasza stolica nazywała się od tej chwili KACZAWA. Sejm przyjął ustawę burzliwymi oklaskami o godz. 0,32.
Następną ustawę przedłożył Sejmowi, weteran budowania demokracji, zasłużony prokurator, poseł Stanisław Piotrowicz. Zaproponował on zmianę nazwy Placu Józefa Piłsudskiego. Wysoka Izbo Sejmowa, rzekł były prokurator, Józef Piłsudski to w gruncie rzeczy nie tylko komuch, ale także terrorysta, a jak wiadomo nasz Wielki Brat zwalcza i komunizm i terroryzm. Naczelnik, jak powszechnie wiadomo, i do czego się przyznał, jeździł czerwonym tramwajem, wysiadł wprawdzie w Nieświeżu, ale w Bezdanach obrabował, wraz z bojówką terrorystyczną, pociąg wiozący carowi pieniądze i w ten sposób zapoczątkował upadek panowania Romanowów.
Plac, na którym ma być wybudowany monument - ciągnął swoje wystąpienie zasłużony prokurator - nazywany przez suwerena, „Schodami Prezesa” powinien nosić nazwę prawdziwego bohatera. Nazwa „Plac Lecha K. Walecznego” będzie pasowała jak ulał. Bowiem bohater walczył o wolność Gruzji na froncie przygotowanym przez prezydenta Saakaszwilego Wdzięczny prezydent Saakaszwili postawił swojemu koledze w dowód uznania popiersie w Tbilisi. Teraz biedaczek w Amsterdamie stresy leczy trawką, bo go komuchy przegoniły. Ale to nie ma znaczenia. Ustawę przyjęto o godz. 1,42 jednogłośnie.
Następnie Sejm przyjął ustawę znoszącą raz na zawsze tytuł „Prezes”, bowiem za komuny prezesów było ci u nas skolko ugodno. Prezesów gminnych spółdzielni, którzy rozpijali lud bogobojny. Teraz będzie, zamiast prezesa, obowiązywał nowy tytuł „Wielki Strateg Prawy i Sprawiedliwy” Kto się nie dostosuje dostanie kilka paralizatorów na najbliższym komisariacie. CDN-jutro.
Następną ustawę przedłożył Sejmowi, weteran budowania demokracji, zasłużony prokurator, poseł Stanisław Piotrowicz. Zaproponował on zmianę nazwy Placu Józefa Piłsudskiego. Wysoka Izbo Sejmowa, rzekł były prokurator, Józef Piłsudski to w gruncie rzeczy nie tylko komuch, ale także terrorysta, a jak wiadomo nasz Wielki Brat zwalcza i komunizm i terroryzm. Naczelnik, jak powszechnie wiadomo, i do czego się przyznał, jeździł czerwonym tramwajem, wysiadł wprawdzie w Nieświeżu, ale w Bezdanach obrabował, wraz z bojówką terrorystyczną, pociąg wiozący carowi pieniądze i w ten sposób zapoczątkował upadek panowania Romanowów.
Plac, na którym ma być wybudowany monument - ciągnął swoje wystąpienie zasłużony prokurator - nazywany przez suwerena, „Schodami Prezesa” powinien nosić nazwę prawdziwego bohatera. Nazwa „Plac Lecha K. Walecznego” będzie pasowała jak ulał. Bowiem bohater walczył o wolność Gruzji na froncie przygotowanym przez prezydenta Saakaszwilego Wdzięczny prezydent Saakaszwili postawił swojemu koledze w dowód uznania popiersie w Tbilisi. Teraz biedaczek w Amsterdamie stresy leczy trawką, bo go komuchy przegoniły. Ale to nie ma znaczenia. Ustawę przyjęto o godz. 1,42 jednogłośnie.
Następnie Sejm przyjął ustawę znoszącą raz na zawsze tytuł „Prezes”, bowiem za komuny prezesów było ci u nas skolko ugodno. Prezesów gminnych spółdzielni, którzy rozpijali lud bogobojny. Teraz będzie, zamiast prezesa, obowiązywał nowy tytuł „Wielki Strateg Prawy i Sprawiedliwy” Kto się nie dostosuje dostanie kilka paralizatorów na najbliższym komisariacie. CDN-jutro.
środa, 28 marca 2018
NA ODCHODNE (Sukces)
Cieszyliśmy się,
że Fikcje i Fakty ocalały, jako książka. Moje „wstępniaki” poddawano
wewnętrznej cenzurze. Szef redakcji Wydawnictw Seryjnych, Bolesław Kowalski
miewał od czasu do czasu wątpliwości, prosił więc o rzucenie okiem na moje
wynurzenia szefa KAW, Dobrosława Kobielskiego, znanego z wielu talentów, który
na cenzora się nie nadawał.
Na wszelki wypadek
jednak Fikcje i Fakty poddane zostały ocenie. Przyjąłem decyzję za fakt
normalny, a recenzję za fikcję. Zwłaszcza elaborat przygotowany przez Bohdana
Kosteckiego. Recenzent ów nie pozostawił na zespole suchej nitki. Główny zarzut
to „okcydentalizm”, zachłyśnięcie się zachodem i zachodnimi wynalazkami. Oto kilka cytatów z
recenzji Kosteckiego. „Cykl światopoglądowy uzupełnia bardzo jednostronnie redagowany
dział nowinek technicznych. Koncentruje się on wyłącznie na najnowszych
osiągnięciach elektroniki w wysoko rozwiniętych krajach kapitalistycznych,
głównie w odniesieniu do wysokiej jakości sprzętu użytkowego /gramofony
cyfrowe, elektroniczne aparaty fotograficzne, minikomputery domowego użytku/. I
tu dochodzimy do bardzo niepokojącego zjawiska. Redakcja F i F obszar świata
socjalistycznego pomija całkowicie.” Bohdan
Kostecki zalecał pisanie „…o programie gazyfikacji ciężkiego i dostawczego
transportu miejskiego Moskwy czy o metodzie mycia …rzek”.
No cóż?
Recenzje,
recenzjami. Dla zespołu najważniejsi byli czytelnicy. Fikcje docierały do
(wymieniam państwa skąd otrzymywaliśmy listy): Szwecji, Belgii, Holandii,
Francji, Szwajcarii, Kanady, Republiki Południowej Afryki i Australii. Pani
Grażyna Ostaszewska z RPA napisała: „Proszę mi wierzyć, że tak daleko od kraju
pańskie „Fikcje i Fakty” nabierają dla nas szczególnego znaczenia…mimo, że
chodzimy do góry nogami…”
Pani E. K ze
Szwecji: „czytam od deski do deski „F i F”, ale dlaczego za osobę roku uznał
Pan milicjanta?...”
Z kraju. Pani, Barbara Rożniakowska: „F i F jest to czytadło
dla kucharek z nieco lepszych domów, ale
po przejrzeniu ostatnich numerów dodałabym, że państwo od czasu do czasu
podkradają „F i F’ służbie…”
Pan, Piotr E.
Liczner ze Śremu: „Już bardzo długo „chodzę” za „F i F” , jak na razie
szczęście mi dopisuje. Nie oznacza to jednak, że wszystkie egzemplarze ”F i F”
udało mi się zdobyć. Właśnie zdobyć, a nie kupić, bo taka jest skala
trudności.”
W pięćdziesiątym,
jubileuszowym, zeszycie odpowiadając
czytelnikom, na pytania napisałem: „I tu doszliśmy do pierwszego paradoksu.
„Fikcje i Fakty” trzeba zdobywać. Jak wykazały nasze własne badania , 40%
kiosków w stolicy „F i F-u” nie otrzymuje. A jednocześnie parę tysięcy
egzemplarzy zalega w magazynach. Czym to tłumaczyć? W realnym socjalizmie
wszystko jest możliwe. Rzucamy więc hasło: przystąpmy wreszcie do budowy
sprawnego socjalizmu i sytego, oczywiście”
„Fikcje i Fakty”
były sukcesem wydawniczym w tamtych czasach. Osiągnęliśmy nakład 200.000
egzemplarzy! Mimo reglamentacji papieru, ocen krytycznych i połajanek.
Prosząc o
wybaczenie nieskromności zamieszczam trzy zdjęcia.
czwartek, 22 marca 2018
NA ODCHODNE (Fikcje i Fakty)
Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po sukcesie pierwszego zeszytu (dlaczego zeszytu) wyjaśnię później, gdy w kioskach ukazał się zeszyt drugi. Rysunkiem ( zdjęcie nr 1) na pierwszej stronie okładki i tekstem Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Jachniczek i Marysieńka” czciliśmy trzechsetną rocznicę Wiktorii Wiedeńskiej. Telefony z pytaniami: gdzie można kupić Fikcje i Fakty nie milkły, a my właśnie zastanawialiśmy się jak sukces uczcić, gdy znowu zadzwonił telefon. Usłyszałem: panie redaktorze, szef prosi, aby się pan zjawił niezwłocznie w jego gabinecie.
Dobrosław Kobielski powitał mnie słowami: zobacz, jakiego piwa nawarzyłeś i wręczył mi karteczkę papieru napisaną własnoręcznie przez członka Biura Politycznego KC PZPR (zdjęcie nr 2) towarzysza Jana Główczyka. Usiłowałem złagodzić grozę sytuacji informując Kobielskiego, że znam dobrze Główczyka z czasów, gdy był on redaktorem naczelnym „Życia Gospodarczego”, przeszliśmy wtedy na „ty” i wypiliśmy nawet bruderszaft. Sławek, był kilka razy usuwany z zajmowanych funkcji (ostatnio ze stanowiska redaktora naczelnego „Perspektyw”), które stworzył, wiedział więc,, że moja znajomość z Główczykiem nie ma żadnego znaczenia. Członek Biura Politycznego uznał FiF za miesięcznik, a KAW (Kobielski) nie miała prawa wydawania żadnych czasopism, po tym jak w „Perspektywach” umieścił na okładce zdjęcie żołnierza chińskiego z dzieckiem na ręku, w czasie, gdy stosunki między ZSRR i CHRL były fatalne, no i zdjęcie pierwszego sekretarza komitetu warszawskiego partii w rozmowie z biskupem.
Wróciłem do FiF lekko przejęty, poleciłem redaktorom pisać notatkę, a sam udałem się na spotkanie z koleżanką, Marią Kuczyńską z Wrocławia, bawiącą w stolicy, do kawiarni „Pod Kurantami” mieszczącej się po drugiej stronie ulicy Wilczej. Maria spostrzegła moją markotną minę, bo zapytała, jakie mam kłopoty. Podarowałem jej dwa zeszyty FiF. Po wypiciu kawy udaliśmy się do Biblioteki Narodowej, gdzie pracowała krewna mojej koleżanki i tam bez trudu umieszczono FiF w katalogu książek, a nie czasopism. W ten nie wyszukany sposób Maria sprawiła, że odpadł zarzut, iż Fikcje i Fakty są pismem. Gdyby ktoś z Państwa zapragnął rzucić okiem FiF to proszę ich szukać w katalogu książek. Towarzysz, Jan Główczyk przyjechał na Wilczą, nie zaproszono mnie na spotkanie.
Fikcje i Fakty ukazywały się nadal, ale moje „wstępniaki” z pierwszej strony poddawane były wewnętrznej cenzurze. Ale o tym w następnym wspomnieniu.
Dobrosław Kobielski powitał mnie słowami: zobacz, jakiego piwa nawarzyłeś i wręczył mi karteczkę papieru napisaną własnoręcznie przez członka Biura Politycznego KC PZPR (zdjęcie nr 2) towarzysza Jana Główczyka. Usiłowałem złagodzić grozę sytuacji informując Kobielskiego, że znam dobrze Główczyka z czasów, gdy był on redaktorem naczelnym „Życia Gospodarczego”, przeszliśmy wtedy na „ty” i wypiliśmy nawet bruderszaft. Sławek, był kilka razy usuwany z zajmowanych funkcji (ostatnio ze stanowiska redaktora naczelnego „Perspektyw”), które stworzył, wiedział więc,, że moja znajomość z Główczykiem nie ma żadnego znaczenia. Członek Biura Politycznego uznał FiF za miesięcznik, a KAW (Kobielski) nie miała prawa wydawania żadnych czasopism, po tym jak w „Perspektywach” umieścił na okładce zdjęcie żołnierza chińskiego z dzieckiem na ręku, w czasie, gdy stosunki między ZSRR i CHRL były fatalne, no i zdjęcie pierwszego sekretarza komitetu warszawskiego partii w rozmowie z biskupem.
Wróciłem do FiF lekko przejęty, poleciłem redaktorom pisać notatkę, a sam udałem się na spotkanie z koleżanką, Marią Kuczyńską z Wrocławia, bawiącą w stolicy, do kawiarni „Pod Kurantami” mieszczącej się po drugiej stronie ulicy Wilczej. Maria spostrzegła moją markotną minę, bo zapytała, jakie mam kłopoty. Podarowałem jej dwa zeszyty FiF. Po wypiciu kawy udaliśmy się do Biblioteki Narodowej, gdzie pracowała krewna mojej koleżanki i tam bez trudu umieszczono FiF w katalogu książek, a nie czasopism. W ten nie wyszukany sposób Maria sprawiła, że odpadł zarzut, iż Fikcje i Fakty są pismem. Gdyby ktoś z Państwa zapragnął rzucić okiem FiF to proszę ich szukać w katalogu książek. Towarzysz, Jan Główczyk przyjechał na Wilczą, nie zaproszono mnie na spotkanie.
Fikcje i Fakty ukazywały się nadal, ale moje „wstępniaki” z pierwszej strony poddawane były wewnętrznej cenzurze. Ale o tym w następnym wspomnieniu.
środa, 21 marca 2018
NA ODCHODNE (Z Chełmskiej na Wilczą)
Gdy po
wprowadzeniu stanu wojennego Jasiu Grzelak mnie nie zweryfikował czyli wyrzucił
z pracy, podobny los spotkał Renię, znaleźliśmy się w olbrzymiej pustce. Renia
odwołała się do sądu i sprawę wygrała, do pracy wróciła tylko na jeden dzień,
by pokazać złoczyńcom, że nie mają władzy absolutnej i okazać im pogardę.
Do mnie przyjechał, czego się nie
spodziewałem, Julian Bartosz z Wrocławia i zaproponował mi pracę. Nie znajduję
słów, aby wyrazić mu za to wdzięczność. Okazał się moim przyjacielem, gdy
znalazłem się w sytuacji beznadziejnej.
W końcu, z Chełmskiej przeniosłem się na
Wilczą, do Krajowej Agencji Wydawniczej, którą kierował Dobrosław Kobielski,
człowiek urodzony jedno pokolenie za wcześnie, znakomity menedżer, świetny
organizator, wielki i odważny ryzykant. Lista jego zalet jest nieskończenie
długa, w tym miejscu wspomnę jeszcze o jednej, dawał swoim pracownikom dużo
swobody, nie ingerował w pomysły, porażki twórcze podwładnych przyjmował ze
spokojem i zrozumieniem. KAW wydawał nie tylko książki, drukował pocztówki,
tłoczył płyty winylowe, czasowo dla zdobycia dewiz skupował makulaturę, by
kupić pierwszy w Polsce „fotoskład,” tak się wtedy nazywało komputerowe „
łamanie tekstów książek.”
Przyjęto mnie w KAW
życzliwie. Abym się nie nudził Kobielski zlecił mi realizację filmu reklamowego
o firmie. Dzięki temu poznałem szybko potęgę KAW, odwiedziłem bowiem wszystkie
oddziały wojewódzkie KAW zbierając materiał do scenariusza.
Trafiłem do redakcji
„Wydawnictw Seryjnych.” i zostałem zastępcą redaktora naczelnego, miałem do
dyspozycji jednoosobowy pokój, biurko i trzy krzesła. W pokoju stała ogromna
szafa, a w niej… o tym w innym odcinku. To właśnie w mojej redakcji powstawał
głośny wówczas i ceniony „Ekspres Reporterów”, wydawano powieści, poezję,
książki sportowe, kucharskie i poradniki.
Kierownik redakcji
sportowej, Tadeusz Olszański przyszedł do mnie z pomysłem stworzenia „czytadła”
książki do pociągu, dalekobieżnego autokaru, do kolejki, do poczekalni lekarskiej.
Pomysł podobał mi się bardzo. Tytuł budził zastrzeżenia. Zaprosiłem więc
redaktorów wszystkich działów, by podyskutować o „czytadle”. Uczestnicy
dyskusji zgłosili różne propozycje, nie szczędzono nam krytyki. Magda
Czaputowicz, koleżanka ze studiów, wręcz pomysł zniszczyła. Zarzuciła nam, że
będziemy ogłupiać ludzi. W takiej atmosferze powstały „Fikcje i Fakty”. Tytuł
wymyśliła Anna Susicka. Pierwszy numer (nakład 50.000) rozszedł się, jak
świeże, pachnące bułeczki. I wtedy zaczęły się, niespodziewane, kłopoty… (CDN)
1. Okładka pierwszego zeszytu Fikcji i Faktów.
2. Okładki FiF z różnych okresów.
1. Okładka pierwszego zeszytu Fikcji i Faktów.
2. Okładki FiF z różnych okresów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











