Mały kraj, bo terytorium niewielkie choć piękne. Liczbą ludności Szwajcaria też nie imponuje. Ponad osiem milionów ludzi żyje w śród gór z tego ponad dwa miliony to przybysze ze wszystkich zakątków świata. Można też napisać, że Szwajcaria to kraj mniejszości, bo nie ma tu siły dominującej.
Cztery języki uznane są za urzędowe, ale mieszkańcy Szwajcarii mówią także innymi językami: Według spisu powszechnego ludności z 2000 roku ponad 600.000 ludzi mówi w Szwajcarii siedmioma innymi językami, dziś języków ojczystych jest więcej. Szwajcaria nie należy do UE, ale zaoferowała przyjęcie 5000 uchodźców.
Nie ma tu dominującej religii i partii politycznej.
Na czym zatem polega wielkość i siła Szwajcarii? Wyjaśnia to konstytucja. W preambule konstytucji (196 artykułów, polska -243 art.) czytamy: „…wolny jest tylko ten, kto korzysta ze swej wolności … siłę narodu mierzy się dobrem słabych”.
W kolejnych artykułach konstytucja uznaje różnorodność za walor, a nie wadę. Można w niej przeczytać, że władze państwa, administracja i obywatele działają w dobrej wierze. Polityk, który usiłowałby podzielić obywateli na gorszych i lepszych zostałby uznany za wariata. Bowiem wszyscy obywatele są równi i mają takie same prawa. A w kwestiach najważniejszych dla państwa wypowiadają się w referendach.
Konstytucja gwarantuje pomoc obywatelom najsłabszym, chorym i niepełnosprawnym.
Najwyższym dobrem w Szwajcarii jest konstytucja właśnie, która nakreśla granice wszelkiej działalności instytucji, administracji i obywateli.
Wspomnę o dwóch ostatnich referendach. Szwajcarzy wyrazili w referendum zgodę na to, by ich podsłuchiwano w związku z zagrożeniem terrorystycznym. To wskazuje, jakim zaufaniem darzą władzę państwa. I odrzucili w referendum projekt płacy podstawowej, który przewidywał, że każdy obywatel otrzymuje z budżetu państwa 2500 franków miesięcznie.
U nas, gdy tylko rząd pokona sądy zacznie się majstrowanie nad konstytucją, dlatego uznałem, że relacje z pobytu w Szwajcarii powinienem zacząć od konstytucji szwajcarskiej. Na zakończenie drobiazg. Zapytałem młodych prawników w Bernie, gdzie mogę kupić konstytucję.
Podali mi adres księgarni, w której otrzymałem najważniejszy dokument państwa za darmo.
Zapraszam na spacer po Bernie.
niedziela, 17 września 2017
niedziela, 9 lipca 2017
NA ODCHODNE (szkoła życia)
Na wygnaniu czyli na stancji bawiliśmy z Ryśkiem
Hałaczkiewiczem niezbyt długo. Dyrektor Wojciech Rzutkowski odszedł na
emeryturę, a nowy dyrektor Aleksander Wiankowski przyjął nas do internatu.
Internat przy liceum mieścił się na pierwszym piętrze w jednej wielkiej sali.
Przy ścianach stały piętrowe łóżka a w środku kilka stołów do odrabiania
lekcji. Gdyby mieszkańcy internatu chcieli jednocześnie odrabiać lekcje nie
starczyło by miejsc dla wszystkich.
Pewnego
popołudnia wkroczył do internatu pan Stefan Choczaj, woźny liceum i głosem
pełnym dostojeństwa oznajmił : „uczeń Mirosław Chrzanowski natychmiast do pana
dyrektora.” Strach mnie obleciał. Idąc za panem woźnym, w panice usiłowałem
sobie przypomnieć co ja znowu zrobiłem… Pan dyrektor
Wiankowski przywitał się ze mną, poprosił bym usiadł i zapytał, jak mi się
mieszka w internacie? Dlaczego ojciec nie wraca z Anglii? Podał mi kartkę
papieru i zapytał czy ja ją napisałem. Potwierdziłem.
- Piszesz, że twój ojciec służył w Korpusie Ochrony
Pogranicza czy pamiętasz, w którym roku?
- W 1929 –odpowiedziałem.
- A ty się urodziłeś w 1931-zauważył dyrektor. Nie był
więc wtedy twoim ojcem, zgadzasz się ze mną?
Dyrektor zrobił mi wykład z historii i poprosił
abym więcej nie pisał o tym w
życiorysach, bo mi to może zaszkodzić W jego obecności zniszczyłem
własnoręcznie napisany życiorys, a następnego dnia, na dużej przerwie,
przyniosłem dyrektorowi nową wersję.
Pan dyrektor Wiankowski wielokrotnie ze mną rozmawiał,
podsuwał mi książki do czytania, a pewnego razu zaproponował bym uczył
analfabetów czytania i pisania. Wzbraniałem się, tłumacząc, że sam nie wiele
jeszcze umiem.
- Poradzisz sobie.
Przez siedem miesięcy w świetlicy ZMP, trzy razy w
tygodniu stawałem przed czternastoma „uczniami”, dorosłymi ludźmi i pomagałem
im opanować alfabet i zapamiętać tabliczkę mnożenia. Trzy osoby zrezygnowały,
znalazły pracę na Ziemiach Odzyskanych. Jedenastu moich „uczniów” dotrwało do
końca nauki i otrzymało świadectwa ukończenia kursu. Do dziś pamiętam ich
radość. Cieszyłem się wraz z nimi.
O bogatym w wydarzenia życiu w liceum można by napisać
książkę. Wspomnę o kilku. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że trzech naszych
kolegów, uczniów liceum aresztowano i zabrano do Łodzi. W nocy wynieśli oni z
kościółka św. Barbary, położonego na obrzeżach miasta, figury świętych i
porzucili na trawie. Sąd skazał ich na kilka lat więzienia.
Głośnym echem w mieście odbiło się zdjęcie w naszym
liceum portretu Stalina. Wielu uczniów przesłuchiwano w Urzędzie
Bezpieczeństwa. Jednego usunięto ze szkoły.
Największym jednak wydarzeniem w szkole był artykuł i
rysunek zamieszczony w „Sztandarze Młodych”, w którym wymieniono moje imię i
nazwisko oraz nazwiska trzech kolegów (dwa zmienine) „Sztandar Młodych”
skrytykował nas za pijaństwo. W liceum zawrzało. Nie spodziewaliśmy się takiej
reakcji. Koleżanki i koledzy, a nawet całe klasy, wysłały do redakcji
dziesiątki listów. Z Warszawy przyjechał do Wielunia dziennikarz Krzysztof
Kąkolewski. Przekonał się, że rysunek i tekst zamieszczony w „Sztandarze
Młodych” na podstawie kłamliwej informacji są od początku do końca nieprawdziwe,
bo nie mieszkaliśmy już w tedy w internacie, a w baraczku, w pomieszczeniu,
które sami wyremontowaliśmy za zgodą dyrektora Wiankowskiego i przy pomocy
finansowej szkoły (zakup wapna do bielenia ścian, stołu i krzeseł). Barak, w
którym mieszkaliśmy (Ireneusz Kustrzeba, Mieczysław Tomczyk, Jan Szewczyk i ja)
był oddalony od internatu o około 30 metrów, nawet gdybyśmy darli się
najgłośniej nie słyszano by nas w internacie.
Dla mnie wpadka „Sztandaru Młodych” miała także aspekt
pozytywny. Renia, przeczytawszy łotrowski artykuł przyjechała z Łodzi, by
sprawdzić, bo ani przez chwilę nie wierzyła w to co przeczytała w „Sztandarze
Młodych”. Znaczyło to, że mnie kocha. Nie sprawdziły się też przepowiednie
łotra - korespondenta.
Maturę zdałem z dyplomem przodownika nauki i pracy
społecznej. A to oznaczało, że bez egzaminu mogę studiować na każdej uczelni.
Wybrałem dziennikarstwo.
ZDJĘCIA :
1. Mieszkańcy internatu
2.Pani prof. Bolesława Karasińska z uczennicami
3.Modne były, zaraz po wojnie takie zdjęcia.
4. Zdjęcie z bratem Ryszardem na tle ratusza w Wieluniu
5.
ZDJĘCIA :
1. Mieszkańcy internatu
2.Pani prof. Bolesława Karasińska z uczennicami
3.Modne były, zaraz po wojnie takie zdjęcia.
4. Zdjęcie z bratem Ryszardem na tle ratusza w Wieluniu
5.
sobota, 24 czerwca 2017
NA ODCHODNE (rok 1948)
Rok 1948 zapisał się w mojej pamięci wydarzeniami ważnymi i bolesnymi. Ważne-zjednoczenie organizacji młodzieżowych. Przestałem należeć do "Wici". wstąpiłem do ZMP. No i definitywnie przestałem chodzić na lekcje religii, a właściwie zostałem wyrzucony przez księdza Józefa Łukaszewskiego. Ksiądz opisywał nam, jak Matka Jezusa poczęła. Kiedy wyrzekł słowa : anioł pański zwiastował Marii pannie i poczęła z Ducha świętego podniosłem rękę i, jak ten złośliwy Dyzio wypaliłem : proszę księdza, ja słyszałem, że anioł pański zmajstrował Marii pannie i zegnał na Ducha świętego. Ksiądz Józef Łukaszewski, człowiek o gołębim sercu poczerwieniał, podszedł do mnie bez słowa, chwycił mnie za kołnierz i wyrzucił z klasy. Powiadają, że nieszczęścia chodzą parami i jest w tym cała prawda. Minęło zaledwie kilka dni, gdy doszło do następnego nieszczęścia. Pewnego wieczoru, na kolacji, gdy z wiaderek rozlano nam w stołówce zupę, Renia krzyknęła :"robale"! A gdy zaczęliśmy rozglądać się po ścianach dodała "w zupie"! Rzeczywiście w zupie pływały białe robaczki. Wsparłem Renię i zacząłem walić łyżką w talerz.Dołączyli do nas wszyscy. Przybiegły zakonnice, przełożona usiłowała nas uspokoić, jej apel wzmógł tylko nasze oburzenie. Gdy czasami wspominamy z Renią to wydarzenie zastanawiamy się skąd w nas było tyle gniewu. Nie wiadomo, jakby zakończył się protest, gdyby w drzwiach stołówki nie pojawił się pan dyrektor liceum, Wojciech Rzutkowski. Zapanowała niesamowita cisza. Dyrektor, człowiek surowych zasad przywołał nas do porządku, opowiedział jakie "polewki" jadali uczniowie w Sparcie i zapewnił, że na kolację jadł tę samą zupę co my. Wiecie przecież, że Jasio przynosi mi posiłki, przygotowywane przez siostry, takie same jak wasze. Jasio był jak my uczniem, mieszkał z dyrektorem i pochodził z Warszawy. Nic więcej o nim nie wiedzieliśmy.
Następnego dnia przyczailiśmy się z Ryśkiem Hałaczkiewiczem, napadliśmy na Jasia, otworzyliśmy wiklinowy koszyczek i stwierdziliśmy, że tego właśnie dnia pan dyrektor jadł na obiad złocistego kurczaczka. Poinformowaliśmy o tym wszystkich w czasie kolacji.
Następnego dnia, pan Wojciech Rzutkowski, autor książki "Kultura duszy duszą kultury" wyrzucił Ryśka Hałaczkiewicza i mnie z internatu. W czasie wakacji ojciec przysłał mi list, który zamieszczam.
Grażyna Kozubal pierwsza przewodnicząca ZMP w liceum (1948)Konferencja ZMP powiatu w wieluńskiego (1949)
Rysiek Hałaczkiewicz i ja w tle kościółek św. Barbary (1948)
Hałaczkiewicz i ja na wystawie we Wrocławiu (1948)
Mieszkańcy internatu (1948)
niedziela, 18 czerwca 2017
NA ODCHODNE (o Reni i Teni)
W pierwszym poście w wielkim skrócie napisałem o Reni. Renię i jej starszą siostrę Teresę (Tenię) poznałem w liceum, w Wieluniu. Ich mamę, Halinę Krysztofińską, nauczycielkę w Masłowicach, zabrali Niemcy w 1943 roku i zamęczyli. Dziewczynki zostały same, cierpiały głód i zimno. Zimą w izbie, gdzie mieszkały ściany pokrywał szron. Dzięki pomocy dobrych ludzi przetrwały wojnę. Gdy je
poznałem mieszkały w internacie. Razem spotykaliśmy się w stołówce prowadzonej przez zakonnice. Dziewczynki wyróżniały się pilnością, inteligencją i charakterem. Dyrektor liceum pan, Wojciech Rzutkowski, spokrewniony z siostrą przełożoną usiłował wysłać sieroty na wakacje do gospodarstwa przyklasztornego. Grzecznie, ale stanowczo odmówiły. Po mamie państwo przyznało nam renty, panie dyrektorze, wakacje spędzimy na obozach harcerskich. Renia była już wtedy hufcową zuchów. Nie lubiła „czerwonych”, mnie tolerowała, bo należałem do Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”.
Była dziewczyną bardzo wierzącą. Pewnego dnia poinformowała mnie, że po wakacjach przenosi się do Łodzi. Na pytanie dlaczego odpowiedziała, że pragnie szybko zdobyć zawód. Początkowo sądziłem, iż opuszcza szkołę, bo powiedziałem jej, że nie wierzę w Boga. A może dlatego, że przed wspólną recytacją wiersza na akademii pierwszomajowej założyłem jej czerwony krawat?
Przeżyłem jej decyzję bardzo boleśnie. Uczyliśmy się razem, zwłaszcza angielskiego. Żona mojego ojca była nauczycielką w Glasgow. Wysyłałem jej, po angielsku wypracowania, które poprawiała wytykając mi błędy. Po pewnym czasie przekazała mnie swojej uczennicy, Doreen Fiurness. Doreen dała adres Reni swojej koleżance, a ta pomagała Reni w angielskim. Listy czytaliśmy i odpowiadaliśmy na nie razem. Nie usiłowałem Reni zatrzymać.
Przeniosła się do Łodzi do Liceum Gospodarczego, a Tenia do Wrocławia, gdzie ukończyła szkołę położnych i pielęgniarstwa. Pewnego dnia przed Kongresem Obrońców Pokoju „Dziennik Łódzki” opublikował Reni wypracowanie. Znalazłem się w sztafecie obrońców pokoju podążającej z Wielunia do Łodzi, gdzie się spotkaliśmy. Pogratulowałem jej publikacji. I od tej pory prowadziliśmy korespondencję. Odwiedzałem Renię wielokrotnie, bo jako aktywista ZMP jeździłem często do Łodzi na narady w zarządzie wojewódzkim. Renia tylko raz przyjechała do Wielunia, o czym w następnym wspomnieniu.
Teraz zapraszam do obejrzenia zdjęć.
ZDJĘCIA :
poznałem mieszkały w internacie. Razem spotykaliśmy się w stołówce prowadzonej przez zakonnice. Dziewczynki wyróżniały się pilnością, inteligencją i charakterem. Dyrektor liceum pan, Wojciech Rzutkowski, spokrewniony z siostrą przełożoną usiłował wysłać sieroty na wakacje do gospodarstwa przyklasztornego. Grzecznie, ale stanowczo odmówiły. Po mamie państwo przyznało nam renty, panie dyrektorze, wakacje spędzimy na obozach harcerskich. Renia była już wtedy hufcową zuchów. Nie lubiła „czerwonych”, mnie tolerowała, bo należałem do Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”.
Była dziewczyną bardzo wierzącą. Pewnego dnia poinformowała mnie, że po wakacjach przenosi się do Łodzi. Na pytanie dlaczego odpowiedziała, że pragnie szybko zdobyć zawód. Początkowo sądziłem, iż opuszcza szkołę, bo powiedziałem jej, że nie wierzę w Boga. A może dlatego, że przed wspólną recytacją wiersza na akademii pierwszomajowej założyłem jej czerwony krawat?
Przeżyłem jej decyzję bardzo boleśnie. Uczyliśmy się razem, zwłaszcza angielskiego. Żona mojego ojca była nauczycielką w Glasgow. Wysyłałem jej, po angielsku wypracowania, które poprawiała wytykając mi błędy. Po pewnym czasie przekazała mnie swojej uczennicy, Doreen Fiurness. Doreen dała adres Reni swojej koleżance, a ta pomagała Reni w angielskim. Listy czytaliśmy i odpowiadaliśmy na nie razem. Nie usiłowałem Reni zatrzymać.
Przeniosła się do Łodzi do Liceum Gospodarczego, a Tenia do Wrocławia, gdzie ukończyła szkołę położnych i pielęgniarstwa. Pewnego dnia przed Kongresem Obrońców Pokoju „Dziennik Łódzki” opublikował Reni wypracowanie. Znalazłem się w sztafecie obrońców pokoju podążającej z Wielunia do Łodzi, gdzie się spotkaliśmy. Pogratulowałem jej publikacji. I od tej pory prowadziliśmy korespondencję. Odwiedzałem Renię wielokrotnie, bo jako aktywista ZMP jeździłem często do Łodzi na narady w zarządzie wojewódzkim. Renia tylko raz przyjechała do Wielunia, o czym w następnym wspomnieniu.
Teraz zapraszam do obejrzenia zdjęć.
ZDJĘCIA :
sobota, 10 czerwca 2017
NA ODCHODNE (Renia)
Ojciec przysłał z Glasgow list, w którym informował mnie, iż podjął decyzję, że po ukończeniu pierwszej klasy liceum w Kaliszu, przeniosę się do jego brata, Franciszka Chrzanowskiego, kierownika szkoły podstawowej w Czernicach koło Wielunia. Mama spakowała mi manatki do plecaka i wyruszyłem w podróż życia . Dręczyły mnie obawy i pociągało nieznane. Stryja Franka i stryjenkę Julię, też nauczycielkę poznałem już wcześniej. Piętrowy budynek szkoły ze świeżej czerwonej cegły, położony pod lasem, oddalony o jakieś pół kilometra od wsi, prezentował się imponująco. Stryjenka sprawiała wrażenie osoby surowej za to kuzynki Ania i Jadzia były przemiłe. Zakolegowaliśmy się natychmiast.
Stryj poinformował mnie, że zamieszkam w internacie. Uznałem, że powinien wiedzieć, iż nie będę chodził na religię.
Mama Reni Halina Krysztofińska z Pruskich.(1929)
Renia, Teresa i Mama w Masłowicach (1939)
Teresa Dziankowska- siostra, Ewa-córka, Renia (1962)
- Twój wybór - powiedział. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że będziesz osamotniony, a może nawet spotkasz się z szykanami. Jak zapewne wiesz twój ojciec i ja jesteśmy niewierzącymi. Ja jednak co niedzielę idę do kościoła, bo gdyby mnie ludzie z Czernic na mszy nie widzieli, nie przysyłaliby dzieci do szkoły. Po za tym ksiądz Łukaszewski jest mądrym człowiekiem, nic nie stracisz, przeciwnie zyskasz, bo zdobędziesz wiedzę z pierwszej ręki, a nie z broszur. Nie chciałem sprawiać stryjowi przykrości i przyjąłem jego radę. Jak to się skończyło opiszę w następnym poście.
Mama Reni Halina Krysztofińska z Pruskich.(1929)
Renia, Teresa i Mama w Masłowicach (1939)
Teraz o najważniejszym wydarzeniu w moim życiu. W Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Wieluniu poznałem Renię Krzysztofińską. Mieszkała ze swoją siostra Teresą w internacie po przeciwnej stronie ulicy. Internat prowadziły siostry zakonne. W budynku dziewcząt mieściła się wspólna stołówka. Rano, przed lekcjami, w południe i wieczorem spotykaliśmy się z koleżankami na posiłkach, pod czujnym okiem zakonnic, które odpędzały od nas „grzeszne pokusy”. Wysiłki dziewic zaślubionych Jezusowi na nic się zdały. Zakochałem się w Reni, a ona uczucia odwzajemniła, choć burz nie uniknęliśmy, trwa to uczucie do dziś! 7 marca 1948 roku po raz pierwszy, w szkolnej świetlicy, pocałowałem Renię. Renia była dziewczyną bardzo wesołą, imponowała nam inteligencją i oczytaniem, w oczach miała ujmującą radość, choć nie głaskało ją życie po głowie. Gdy miała trzy latka straciła ojca, a mamę, nauczycielkę w Masłowicach (w 1943 roku) zabrali Niemcy i zamęczyli na śmierć, w miejscowości Rybka. Grobu mamy nigdy Renia i Teresa nie odnalazły. Dziewczynkami w czasie niemieckiej okupacji zaopiekowali się obcy ludzie. A po wojnie państwo. Renia ukończyła polonistykę Uniwersytetu Warszawskiego i zdobyła tytuł magistra filologii polskiej.
piątek, 9 czerwca 2017
SUPLIKA do PANA PREZESA DOBROTLIWEGO
W pierwszych słowach mojej prośby pragnę Pana Prezesa Dobrotliwego (PPD) przeprosić za to, że ja, obywatel gorszego sortu, ośmielam się Panu Prezesowi Dobrotliwemu drogocenny czas zabierać. Nawet Renia, żona moja ślubna mówi przestań Panu Prezesowi dudę zawracać, jeszcze cię „pan Zbyszek” za kratami umieści.
Panie Prezesie Dobrotliwy, odwagi do napisania tej supliki dodało mi „Ucho Prezesa”, które namiętnie oglądam, najlepsze odcinki nawet kilka razy. Nie wyobrażam sobie, aby wódz tak dobry, jak Pan Prezes w „Uchu Prezesa” mógł skrzywdzić nawet takiego jak ja, człowieka „gorszego sortu”. Powiem więcej, podziwiam Pana, a zarazem współczuję. „Ucho Prezesa” ukazuje bowiem ile trudu musi Pan włożyć, aby nauczyć tych matołków sztuki rządzenia. O myśleniu nie wspominam, bo to chyba nawet dla PPD nieosiągalne. Myśleć się oni nigdy nie nauczą. Są przypochlebni, ale bezmyślni. Nikt PPD nie wyrządza tyle szkody co pan Jacek Kurski. Podziwiam zatem dobroć, wyrozumiałość i cierpliwość. Dopiero „Ucho Prezesa” uświadomiło mi z kim PPD musi rządzić. Posłużę się kilkoma przykładami, aby mógł mnie PPD zrozumieć. Swego czasu oznajmił PPD, że seniorzy dostają leki za darmo, a to jest nieprawda. Nie posądzam osoby tak szlachetnej jak PPD o kłamstwo. Mniemam, że te matołki dostarczają PPD nieprawdziwe informacje. Podejrzewam, iż wychodzą oni z założenia, iż staruchy i tak muszą opuścić padół ziemski i część kasy przekazują Ojcu Tadeuszowi łudząc się, że ten ojciec świętobliwy zapewni starym grzesznikom przebaczenie w niebiesiech. Bo jak naucza Księga, jako w niebie tak i na ziemi. Z tego wynika, że na wysokościach bakszyszem też nie pogardzą.
Inny, najnowszy przykład to wydarzenia we wrocławskim komisariacie. Zatłukli młodego człowieka i ten odrażający fakt przed PPD ukryli. Teraz, gdy media ujawniły prawdę podniósł się krzyk w całym kraju, a nawet w Europie. Dziękuję PPD za ujawnienie, ze w czasach zielonej wyspy w komisariatach zatłukli ponad 40 osób. Mam jednak żal, że jako największy opozycjonista nie piętnował PPD wtedy tych przerażających faktów. Zatłukli w komisariatach 42 ludzi. I panowała cisza, PPD też milczał. A teraz uśmiercili jednego człowieka i wrzask się podniósł donośny. Zmusili nawet PPD, by bronił ministra Blaszaka. Spisał się PAN PREZES DOBROTLIWY dzielnie, stając w szranki z gorszym sortem sejmowym.
Najmocniej przepraszam, nie w tej sprawie suplikę do PPD wnoszę. Piszę w sprawie cytryn, bo wiem, że nawet pański lokaj o cytrynach PPD nie poinformuje.
- Renia mówi mi właśnie, że PPD nie ma lokaja.
- Jak to, pytam żonki, najważniejsza nad Wisłą osobistość nie ma lokaja, sama naczynia po obiedzie zmywa?
- Właśnie tak, oświeca mnie żonka. Lokaje zatrudnieni są w rządzie.
Panie Prezesie Dobrotliwy, donoszę, że handel cytrynami opanowali przebrzydli kapitaliści z Unii Europejskiej. Sprowadzają do Polski niewyobrażalnie wielkie cytryny z Turcji, chyba tylko po to, by wesprzeć tamtejszego dyktatora. Upraszam uniżenie, aby Pan przerwał ten rozbój, także dlatego, że przecięta na pół cytryna i pozbawiona miąższu może stać się kamuflażem do ukrywania ładunków wybuchowych. Może się zdarzyć, że przez szczelnie zamknięte granice ojczyzny naszej przedostanie się jakiś bisurmanin islamski i rzuci taką cytryną… nie napiszę gdzie. Nie wyznam PPD, gdzie ja bym najchętniej pieprznął taką cytrynką, jako obywatel „gorszego sortu”, oczywiście.
piątek, 2 czerwca 2017
NA ODCHODNE (szkoła koszmarów)
Po wyjściu ze szpitala znalazłem się w trudnej sytuacji. Nie miałem kolegów w Kaliszu, mój wygląd sprawiał, że ludzie mi dokuczali. Lewą rejkę miałem jeszcze zabandażowana, twarz w szaro niebieskie plamy pozostawione po prochu. Dorośli radzili mi bym się umył, rówieśnicy wyśmiewali. Wałęsałem się samotnie po parku, za teatrem odczytywałem nazwiska na grobach żołnierzy rosyjskich, albo siadałem nad Prosną w centrum miasta i obserwowałem wędkarzy. W końcu zrobiłem wędkę z leszczyny i sam łowiłem kiełbie. We wrześniu 1945 roku poszedłem do szkoły mieszczącej się na placu Kilińskiego. I wtedy zaczął się koszmar największy w moim życiu. Na pierwszej lekcji religii prowadzonej przez zakonnicę, która miała na głowie wielki biały czepiec z trzema skrzydłami, podniosłem rękę, a potem wstałem i oznajmiłem, że nie wierzę w Boga i na religię nie będę chodził. Po czym wyszedłem z klasy i na korytarzu czekałem na następną lekcję. Na przerwie kilku moich rówieśników rzuciło się na mnie z pięściami. Do domu wróciłem poturbowany. Przed następną lekcją religii kilku harcerzy nie pozwoliło mi wyjść z klasy, musiałem poczekać na zakonnicę. Ta postawiła mnie przed całą klasą i poddała ostrej krytyce.
- Uczyłam religii twoją matkę i ojca - oznajmiła - byli to przyzwoici młodzi ludzie. Ty jesteś, jakimś wyrodkiem, chcesz żyć bez Boga? Już cię raz pokarał...
Wysłuchałem reprymendy spokojnie, a kiedy skończyła zapytałem : za co mnie pokarał? Przecież nic złego nie zrobiłem. Odpowiedzi nie usłyszałem, wyciągnąłem książki spod blatu ławki i wyszedłem z klasy. W domu zapytałem mamę o zakonnicę, która uczyła ją religii.
- Zawsze uczył mnie religii ksiądz. Dlaczego pytasz?
Przez cały rok szkolny 1945 - 1946 harcerze nawracali mnie na wiarę. Tłukli mnie bezlitośnie, gdy nadarzyła się okazja. Nie poddawałem się. Chodziłem do tej szkoły tylko jeden rok. Przyjęto mnie do liceum im. Adama Asnyka w Kaliszu, lekcje odbywały się w budynku "Jagielonki", bo w siedzibie liceum Asnyka rozgościł się Urząd Bezpieczeństwa. W "Asnyku" nikt mnie już nie nawracał.
Upłynęło lat wiele. Moja córa wyjechała z ojczyzny, zamieszkała w kraju normalnym, urodziła własną córkę i ...pewnego razu, gdy ją z Renią odwiedziliśmy, w chwili wspomnień, opowiedziała nam, jak ją w szkole podstawowej w Warszawie na wiarę katolicką nawracano... Na szczęście wnuczka już żyje w kraju normalnym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































