Nazwałem wczoraj zapowiedź premiera, Mateusza Morawieckiego wniesienia projektu ustawy o pozbawieniu Wojciecha Jaruzelskiego stopnia generała, kierowany emocjami, barbarzyństwem.
BARBARZYŃCÓW PRZEPRASZAM. Nie karali oni swoich zmarłych!
Mógłbym, jak wielu, demonstrować swoja niechęć do Generała. Po wprowadzeniu stanu wojennego usunięto mnie z pracy. Grupa osób, napisała do Generała list -prośbę w mojej obronie. Nie dostała odpowiedzi.
Ku zdziwieniu moich bliskich, kilku przyjaciół i licznych znajomych twierdzę, że Generał Wojciech Jaruzelski był polskim patriotą.
Jak to, pytają, po tym wszystkim co cię spotkało?
Zastanawiałem się jak nazwać pomysł zrodzony w Alejach Ujazdowskich? Znikczemnieniem, prostactwem, zdziczeniem?
Słowa są tu zbyteczne. Spłyną po autorach, jak po kaczce woda.
Chociaż jedno stanowcze słowo jest potrzebne. Mówię więc rządzącym DOŚĆ!
Nie pozwólmy się obrażać, poniżać, sortować. Jesteśmy społeczeństwem różnorodnym i sprawujący władzę muszą to respektować. Nie pozwólmy, by prezydent, premier i kto tam jeszcze deprecjonowali nasz dorobek. To my, nasze pokolenie i następne odbudowało Polskę z ruin i zgliszcz wojennych, To nasi rodzice i my odbudowaliśmy zniszczone miasta i wsie. To nasze pokolenie zlikwidowało w Polsce analfabetyzm. To ja, uczeń liceum, uczyłem niepiśmiennych, ludzi dorosłych polskiego alfabetu, a jako student umacniałem skarpę przy kościele Świętej Anny.
Dlatego mówię dość tym, którzy demolują mój kraj, pozbawiają mnie praw, sieja zamęt, niszczą z mozołem budowane instytucje demokratycznego państwa. Rządzą przy pomocy strachu. Do każdych drzwi, mogą załomotać o szóstej rano, każdemu mogą obniżyć emeryturę. Nie możemy być nawet pewni, że po śmierci nas nie poniżą.
Dlatego powiedzmy anachronicznym: DOŚĆ.
piątek, 2 marca 2018
czwartek, 1 marca 2018
BARBARZYŃCY...
Dziś TVN pokazała dwóch panów, blondyna, który nie dostrzega napisów niesionych przez neofaszystów i tego osobnika, w randze ministra sobie odpuszczam. Drugi jegomość to człowiek, który miał uzdrowić gospodarkę Lechitów ( Lechici wywodzą się od Lecha K...). Teraz K .... robi wielką karierę. Jego program (Mateusza Morawieckiego) naprawy zyskał dobre recenzje kilku wybitnych ekonomistów. Ja, czyli nikt, też wiązałem pewne nadzieję z człowiekiem wszechstronnie wykształconym choć on z PiS-u czyli z przeszłości. Zawiodłem się srodze, bo oto dziś pan Mateusz Morawiecki ogłosił w TVN, że degraduje nieboszczyków. Tego się po nim nie spodziewałem. Dręczy mnie pytanie, jak to się stało, że bankier przepoczwarzył się w kołchozowego agitatora?
niedziela, 25 lutego 2018
EWIDENTNY SUKCES
Pan Jacek Sasin, minister w rządzie pana Mateusza Morawieckiego, oznajmił narodowi polskiemu, że dyplomacja rządu odniosła znowu ewidentny sukces. Izrael przyjął stanowisko rządu polskiego w sprawie nowelizacji ustawy o IPN. Kwiatów jeszcze Sasin - minister od prezesa nie dostał, bo nie jest premierem tylko prostym propagandystą. Pani Beata Szydło wracając z Brukseli róże otrzymała, bo odniosła sukces 1 do 27. A potem prezes odwołał ją z funkcji premiera, bo nie znała języków. Teraz premierem jest poliglota, zna 4,5 języka. Jak się wypowiedział to tak namieszał, że świat oniemiał. Może jednak pani Beata Sz. była pożyteczniejsza?Jako historyk z wykształcenia, pan Morawiecki, zaniósł kwiaty jakiejś Brygadzie Świętokrzyskiej, która kolaborowała z Wermachtem w czasie II wojny światowej. Sądził chyba, że w ten sposób pozyska względy pani Merkel.
Pan Sasin-prosty minister dodał, ze ustawy o IPN zamrozić nie można. Jednak minister sprawiedliwości i prokurator generalny, we jednej osobie, polecił swoim prokuratorom, by nie wsadzali jeszcze do mamra osobników szkalujących anielski naród polski. Gdy Izrael zasadzi to drzewo dla szlachetnego i anielskiego państwa polskiego wtedy o 6 rano będzie można do drzwi oczerniaczy załomotać.
W związku z tą szlachetną decyzją pana Zbyszka, uniżenie upraszam pana prokuratora generalnego, aby nakazał swoim prokuratorom, by nie wsadzali do kozy biednych obywateli, którzy nie płacą podatków.
Mam też prośbę do premiera Izraela, pana Beniamina Netanjahu, aby przed posadzeniem tej sosny dla państwa polskiego zasięgnął rady mądrego rabina. Jeśli już to drzewko rabin poradzi zasadzić to niech to będzie sosna karłowata, aby żaden przybysz z dalekiej północy nie mógł się na niej dla sukcesu powiesić.
Pan Sasin-prosty minister dodał, ze ustawy o IPN zamrozić nie można. Jednak minister sprawiedliwości i prokurator generalny, we jednej osobie, polecił swoim prokuratorom, by nie wsadzali jeszcze do mamra osobników szkalujących anielski naród polski. Gdy Izrael zasadzi to drzewo dla szlachetnego i anielskiego państwa polskiego wtedy o 6 rano będzie można do drzwi oczerniaczy załomotać.
W związku z tą szlachetną decyzją pana Zbyszka, uniżenie upraszam pana prokuratora generalnego, aby nakazał swoim prokuratorom, by nie wsadzali do kozy biednych obywateli, którzy nie płacą podatków.
Mam też prośbę do premiera Izraela, pana Beniamina Netanjahu, aby przed posadzeniem tej sosny dla państwa polskiego zasięgnął rady mądrego rabina. Jeśli już to drzewko rabin poradzi zasadzić to niech to będzie sosna karłowata, aby żaden przybysz z dalekiej północy nie mógł się na niej dla sukcesu powiesić.
wtorek, 20 lutego 2018
NA ODCHODNE (Mistrz Gospodarności)
Pomysł konkursu „Mistrz Gospodarności” zrodził się w „Polityce”, ale nie został przez redakcję ogłoszony. Jerzy Breitkopf, z „Rady Narodowej” był spokrewniony z Dariuszem Fikusem, sekretarzem „Polityki”, pomysł przejął od kuzyna i „Rada Narodowa” konkurs ogłosiła.
Pozyskaliśmy możnych sponsorów, którzy wsparli konkurs groszem. Nagroda dla zwycięskiego miasteczka wynosiła 5.000.000 złotych, co w owych czasach było sumą znaczącą.
Z dużym niepokojem oczekiwaliśmy pierwszych zgłoszeń. Nasze obawy szybko przemieniły się w sukces. Do konkursu przystąpiły 362 miasteczka! Redakcja stała się inicjatorem wielkiego ruchu obywatelskiego. Regulamin konkursu wysoko punktował aktywność obywateli miasteczek biorących czynny udział w polepszaniu życia w małych ojczyznach.
Dla dziennikarzy „Rady Narodowej” konkurs był okresem katorżniczej wręcz pracy, musieliśmy dotrzeć do wszystkich miasteczek, odnotować inicjatywy i przedsięwzięcia, zaangażowanie mieszkańców w prace na rzecz miasta. Piszę o tym, aby dać świadectwo, że w Polsce Ludowej obywatele angażowali się polepszanie własnego życia.
Pierwszym „Mistrzem Gospodarności” zostało Drezdenko. Zanim opublikowaliśmy wynik na łamach tygodnika pojechaliśmy z Jurkiem Breitkopfem do miasteczka, by o werdykcie jury poinformować miejscowe władze. Nie muszę opisywać radości włodarzy Drezdenka. Wspomnę tylko o tym, że zaskoczyła nas prośba przewodniczącego prezydium MRN, radnych, sekretarza partii, którzy zapytali czy istnieje możliwość, by na uroczystości wręczenia tytułu „Mistrza Gospodarności” i nagrody zaprosić majora?
Jurek odpowiedział, że nic nie stoi na przeszkodzie.
Wtedy poinformowano nas, że major nazywa się Synycyn, mieszka w ZSRR, był komendantem wojennym Armii Czerwonej w Drezdenku, pomagał w tworzeniu polskiej administracji i pozostawił po sobie dobre wspomnienia. Pomogliśmy w realizacji zaproszenia, nasze MSZ przesłało zaproszenie władz Drezdenka do ambasady radzieckiej, Majora poznaliśmy w czasie uroczystości wręczania miastu tytułu „Mistrz Gospodarności.” W podczas przyjęcia zapytał gospodarzy miasta czy może zadzwonić do rodziny? Pragnie bowiem poinformować żonę, że jest w Polsce. Widząc nasze zdziwienie wyjaśnił, iż otrzymał wezwanie, by zameldował się w komendzie wojskowej i zabrał ze sobą zapasową bieliznę na zmianę i przybory do golenia. O tym, że jedzie do Drezdenka dowiedział się, gdy mu wręczano odpowiednie dokumenty, bilety i pieniądze.
Wypiliśmy zdrowie majora, jego rodziny i życzyliśmy mu pomyślności i szczęścia. Wdzięczni za wyzwolenie i przyjazd do Drezdenka. Kończę swoje wspomnienie fragmentem artykułu z 2017 roku, który ukazał się w : "DBC Drezdenko Bez Cenzury"
Pozyskaliśmy możnych sponsorów, którzy wsparli konkurs groszem. Nagroda dla zwycięskiego miasteczka wynosiła 5.000.000 złotych, co w owych czasach było sumą znaczącą.
Z dużym niepokojem oczekiwaliśmy pierwszych zgłoszeń. Nasze obawy szybko przemieniły się w sukces. Do konkursu przystąpiły 362 miasteczka! Redakcja stała się inicjatorem wielkiego ruchu obywatelskiego. Regulamin konkursu wysoko punktował aktywność obywateli miasteczek biorących czynny udział w polepszaniu życia w małych ojczyznach.
Dla dziennikarzy „Rady Narodowej” konkurs był okresem katorżniczej wręcz pracy, musieliśmy dotrzeć do wszystkich miasteczek, odnotować inicjatywy i przedsięwzięcia, zaangażowanie mieszkańców w prace na rzecz miasta. Piszę o tym, aby dać świadectwo, że w Polsce Ludowej obywatele angażowali się polepszanie własnego życia.
Pierwszym „Mistrzem Gospodarności” zostało Drezdenko. Zanim opublikowaliśmy wynik na łamach tygodnika pojechaliśmy z Jurkiem Breitkopfem do miasteczka, by o werdykcie jury poinformować miejscowe władze. Nie muszę opisywać radości włodarzy Drezdenka. Wspomnę tylko o tym, że zaskoczyła nas prośba przewodniczącego prezydium MRN, radnych, sekretarza partii, którzy zapytali czy istnieje możliwość, by na uroczystości wręczenia tytułu „Mistrza Gospodarności” i nagrody zaprosić majora?
Jurek odpowiedział, że nic nie stoi na przeszkodzie.
Wtedy poinformowano nas, że major nazywa się Synycyn, mieszka w ZSRR, był komendantem wojennym Armii Czerwonej w Drezdenku, pomagał w tworzeniu polskiej administracji i pozostawił po sobie dobre wspomnienia. Pomogliśmy w realizacji zaproszenia, nasze MSZ przesłało zaproszenie władz Drezdenka do ambasady radzieckiej, Majora poznaliśmy w czasie uroczystości wręczania miastu tytułu „Mistrz Gospodarności.” W podczas przyjęcia zapytał gospodarzy miasta czy może zadzwonić do rodziny? Pragnie bowiem poinformować żonę, że jest w Polsce. Widząc nasze zdziwienie wyjaśnił, iż otrzymał wezwanie, by zameldował się w komendzie wojskowej i zabrał ze sobą zapasową bieliznę na zmianę i przybory do golenia. O tym, że jedzie do Drezdenka dowiedział się, gdy mu wręczano odpowiednie dokumenty, bilety i pieniądze.
Wypiliśmy zdrowie majora, jego rodziny i życzyliśmy mu pomyślności i szczęścia. Wdzięczni za wyzwolenie i przyjazd do Drezdenka. Kończę swoje wspomnienie fragmentem artykułu z 2017 roku, który ukazał się w : "DBC Drezdenko Bez Cenzury"
Autor, Waldemar Kaleta, krytyczny opis stanu ulic i dróg prowadzących do miasta spuentował niespodziewanym porównaniem. „Na koniec przypomnę, że Drezdenko otrzymało w dość odległej przeszłości dwa tytuły Mistrza Gospodarności (rok 1967 i 1976). Nie pamiętam tego z racji wieku, ale w szkole nauczyciele z dumą mnie o tym informowali. Było to dość dawno i pod rządami byłego systemu politycznego, ale jakie to ma znaczenie, kiedy dzieła tego dokonały władze lokalne Drezdenka i jego społeczność. Pokazały, że Drezdenko też może być wzorem dla innych."
Zdjęcia z uroczystości wręczenia tytułu "Mistrza Gospodarności" .Na ostatnim zdjęciu redaktor naczelny tygodnika "Rada Narodowa", Michał Szpringer, wręcza dyplom władzom Drezdenka.
Zdjęcia z uroczystości wręczenia tytułu "Mistrza Gospodarności" .Na ostatnim zdjęciu redaktor naczelny tygodnika "Rada Narodowa", Michał Szpringer, wręcza dyplom władzom Drezdenka.
niedziela, 11 lutego 2018
NA ODCHODNE (po październiku 1956)
W połowie długiego
korytarza wysłuchałem argumentów dyrektora Nowaka i wróciłem do gabinetu.
Aleksander Zawadzki zaczął rozmowę całkowicie uspokojony, słuchał mojej relacji
uważnie. Nie wierzył i nie wiedział, że straż marszałkowska tak gorliwie chroni
go przed pracownikami. Po kilku dniach przekonał się, że mówiłem prawdę i
podjął odpowiednie decyzje personalne. Po zakończeniu remontu Belwederu opuścił
gmach na Wiejskiej, w jego gabinecie pracował marszałek Sejmu. Dzięki pełnionej
funkcji miałem szczęście poznać profesora Oskara Lange, który był zastępcą przewodniczącego
Rady Państwa. Rozmowy miały charakter bardziej akademicki, profesor – student,
z tym, że częściej, ja - student zadawałem pytania, a profesor odpowiadając, objaśniał
zawiłości ekonomii socjalistycznej.
W Belwederze bywałem, można powiedzieć,
służbowo. W czasie jednej z wizyt Aleksander Zawadzki zakomunikował mi, że
pojadę wraz z redaktorem naczelnym „Rady Narodowej”, Michałem Szpringerem do
NRD.
- Niemcy zaprosili
tylko redaktora naczelnego, poinformowałem Zawadzkiego, w jakim charakterze mam
tam wystąpić?
- Wasz wyjazd
załatwi Skrzeszewski, był przecież ministrem spraw zagranicznych, zna się na
tym, nie musicie się martwić. Stanisław Skrzeszewski piastował w tym czasie
funkcję sekretarza Rady Państwa. Dodam, że poznaliśmy się w dość dziwnych
okolicznościach. Statut partii stanowił, że składki od członków przyjmuje
sekretarz POP, a członkowie opłacają je osobiście. Tymczasem Stanisław
Skrzeszewski przysłał mi składkę przez swojego asystenta. Nie przyjąłem.
Minister zjawił się osobiście, trochę
zdziwiony, a trochę rozbawiony. Przeczytałem mu odpowiedni fragment statutu i
dodałem – to wy towarzyszu, a nie ja, uchwalaliście statut.
W Berlinie
przyjęto nas bardzo serdecznie, odwiedziliśmy Weimar, Lipsk, Drezno i kilka innych
miast, gdzie zapoznaliśmy się z pracą enerdowskiego samorządu, był to mój
pierwszy wyjazd zagraniczny. Na pożegnanie wręczono nam albumy pamiątkowe.
W stolicy NRD
mieszkała moja serdeczna koleżanka, kaliszanka, Kazia Marczak, jej mąż pracował
w polskiej misji, w Berlinie Zachodnim. Państwo Gałązkowie zabrali mnie do
Berlina Zachodniego, gdzie po raz pierwszy w życiu piłem Coca Colę, napój w
Polsce nieznany, ściślej zakazany, jako symbol imperializmu.
Wspomnę jeszcze
tylko o dwóch zdarzeniach związanych z Aleksandrem Zawadzkim. Pisałem już, że
mieszkaliśmy z Renią i córeczką Ewą w jednym pokoiku w domku fińskim, kuchnię i łazienkę mieliśmy wspólną z Olą i Jankiem Czapczyńskimi. Pewnego
razu zadzwonił do redakcji dyrektor Franciszek Nowak i poprosił, abym za pół
godziny był gotowy, bo przyjedzie po mnie samochodem. Pojechaliśmy na
Krakowskie Przedmieście, zatrzymaliśmy się na placyku przed kościołem, tuż za
budynkiem Pałacu Namiestnikowskiego i piechotą ruszyliśmy w stronę kawiarni
Telimena, nie wstąpiliśmy na kawę lecz weszliśmy do kamienicy obok na drugie
piętro. Dyrektor wyjął klucz i otworzył drzwi. do mieszkania (dwa pokoje z
kuchnią). Tu dowiedziałem się, że „mieszkanie jest dla was towarzyszu
sekretarzu. Przydział dostajecie z puli przewodniczącego Rady Państwa”.
Zaniemówiłem i osłupiałem. Gdy doszedłem do siebie poprosiłem dyrektora, aby
podziękował przewodniczącemu Aleksandrowi Zawadzkiemu i jednocześnie przeprosił
za to, iż nie mogę tego daru przyjąć. Jak przestanę być sekretarzem, a
towarzysz Aleksander Zawadzki przyzna mi to mieszkanie wtedy z wielką chęcią wprowadzę
się tu z rodziną. Gdy
przebieg zdarzenia zrelacjonowałem żonie, Renia powiedziała, że postąpiłem
słusznie. Ale w jej oczach dostrzegłem maleńki cień smutku. Upłynęło nieco czasu od tego zdarzenia. Otrzymałem telefon z Belwederu,
że towarzysz Zawadzki zaprasza mnie na rozmowę. Spotkanie odbyło się na tarasie
Belwederu, przy kawie i ciasteczkach. Aleksander Zawadzki zaproponował mi pracę
na stanowisku zastępcy dyrektora (Franciszka Nowaka), a kiedy on zostanie
ambasadorem, ja miałem przejąć jego stanowisko. Zachowałem się jak Józef Ślimak
z „Placówki” Prusa, zapytałem Aleksandra Zawadzkiego czy mogę naradzić się z
żoną? Po
dwóch dniach odpowiedziałem, że czuję się zaszczycony propozycją i dziękuję
towarzyszowi Przewodniczącemu za zaufanie, ale nie znalazłem w sobie dość
kwalifikacji, by sprostać tak poważnemu stanowisku państwowemu. Było to moje
ostatnie spotkanie z Aleksandrem Zawadzkim. Kadencja sekretarza POP PZPR
dobiegła końca. Nie zgodziłem się ponownie kandydować, mimo że na zebraniu
zgłoszono moje nazwisko.Zdjęcia:
1. Weimar; 2. Dom GOETHEGO; 3.Wpis do albumu; 4.Berlin Zachodni; 4 Państwo Gałązkowie i ja w Berlinie Zachodnim.
1. Weimar; 2. Dom GOETHEGO; 3.Wpis do albumu; 4.Berlin Zachodni; 4 Państwo Gałązkowie i ja w Berlinie Zachodnim.
środa, 7 lutego 2018
NA ODCHODNE (Październik 1956)
Październik 1956
roku zapisał się w mojej pamięci ozdrowieńczym powiewem, nazywanym odwilżą. W
auli Politechniki Warszawskiej odbywały się burzliwe wiece, robotnicy stali się
bohaterami wydarzeń. A Lechosław Jerzy Goździk, sekretarz
Komitetu Zakładowego PZPR w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu symbolem
przemian i autentycznym przywódcą robotników stolicy. Jego porywające
przemówienia elektryzowały słuchaczy, dodawały odwagi, zwielokrotniały nasze
siły w usuwaniu stalinizmu. Wielki wiec na Placu Defilad z udziałem Władysława
Gomółki, który wracał do życia, po usunięciu go z polityki „za polską drogę do
socjalizmu” rozbudził nasze nadzieje…
28 października 1956 Władysław
Gomułka uwolnił kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wracała normalność. Nie bez
kłopotów.
Przekonałem się o tym we Wrocławiu. W holu
gmachu Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, gdzie odbywała się sesja WRN
witał obywateli karabin maszynowy i uzbrojeni żołnierze. Radni debatowali nad
usunięciem ze stanowiska przewodniczącego Prezydium WRN Hilarego
Chełchowskiego, sławnego partyzanta, byłego zastępcę członka Biura Politycznego
KC PZPR, byłego ministra Państwowych Gospodarstw Rolnych…
Obrady miały bardzo burzliwy przebieg,
próbowano odwołać „Długiego Janka” (pseudonim partyzancki) ze stanowiska
przewodniczącego Prezydium WRN. Do Sali obrad przybywały delegacje studentów,
robotników i ludu socjalistycznego. Chełchowski nie ustępował. Na zebraniu
klubu radnych PZPR, z którego usunął dziennikarzy, ja zostałem, miałem
legitymację Kancelarii Rady Państwa, dowodził, że wrogowie socjalizmu zmienili
metody walki, teraz nie atakują ustroju, tylko przedstawicieli władz
socjalistycznego państwa, tych najbardziej oddanych. Wielu go posłuchało, w
tajnym głosowaniu większość radnych głosowała przeciw usunięciu Chełchowskiego.
Przebieg obrad opisałem w „Radzie Narodowej”. Redakcja zamieściła bardzo
wymowny rysunek.
W mojej pamięci Październik 1956 roku zapisał
się wydarzeniem bardzo osobistym, wydarzeniem, którego się nie spodziewałem i
nigdy o czymś takim nie marzyłem. Na zebraniu wspólnej POP PZPR w Kancelarii
Rady Państwa, Kancelarii Sejmu i Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności
Narodu w tajnym głosowaniu wybrano mnie na sekretarza POP PZPR. Miałem wtedy 25
lat, szlachetne idee w głowie i żadnego doświadczenia politycznego. Do dziś
pamiętam pierwszą wizytę u przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra
Zawadzkiego, który poprosił mnie o relację z zebrania. W czasie bardzo
burzliwego zebrania partyjnego padło wiele krytycznych uwag pod adresem
Aleksandra Zawadzkiego. Krytykowano go za to, że odgrodził się od pracowników.
Przed jego przyjazdem do pracy straż marszałkowska usuwała pracowników z
korytarza i blokowała przejście, krytykowano przewodniczącego za to, że zgodził
się na ogrodzenie Sejmu, odgrodzenie od obywateli. Od tego zacząłem relację.
Nie skończyłem, bo Aleksander Zawadzki, wzburzony wstał z za biurka i zaczął na
mnie wrzeszczeć. Nie zastanawiając się oświadczyłem, że nasza rozmowa nie ma sensu
i najzwyczajniej w świecie wyszedłem z gabinetu. W połowie długiego korytarza
dogonił mnie dyrektor, Franciszek Nowak …(CDN) W połowie długiego korytarza wysłuchałem argumentów dyrektora Nowaka i wróciłem do gabinetu. Aleksander Zawadzki zaczął rozmowę całkowicie uspokojony, słuchał mojej relacji uważnie. Nie wierzył i nie wiedział, że straż marszałkowska tak gorliwie chroni go przed pracownikami. Po kilku dniach przekonał się, że mówiłem prawdę i podjął odpowiednie decyzje personalne. Po zakończeniu remontu Belwederu opuścił gmach na Wiejskiej, w jego gabinecie pracował marszałek Sejmu. Dzięki pełnionej funkcji miałem szczęście poznać profesora Oskara Lange, który był zastępcą przewodniczącego Rady Państwa. Rozmowy miały charakter bardziej akademicki, profesor – student, z tym, że częściej, ja - student zadawałem pytania, a profesor odpowiadając, objaśniał zawiłości ekonomii socjalistycznej.
W Belwederze bywałem, można powiedzieć, służbowo. W czasie jednej z wizyt Aleksander Zawadzki zakomunikował mi, że pojadę wraz z redaktorem naczelnym „Rady Narodowej”, Michałem Szpringerem do NRD.
- Niemcy zaprosili tylko redaktora naczelnego, poinformowałem Zawadzkiego, w jakim charakterze mam tam wystąpić?
- Wasz wyjazd załatwi Skrzeszewski, był przecież ministrem spraw zagranicznych, zna się na tym, nie musicie się martwić. Stanisław Skrzeszewski piastował w tym czasie funkcję sekretarza Rady Państwa. Dodam, że poznaliśmy się w dość dziwnych okolicznościach. Statut partii stanowił, że składki od członków przyjmuje sekretarz POP, a członkowie opłacają je osobiście. Tymczasem Stanisław Skrzeszewski przysłał mi składkę przez swojego asystenta. Nie przyjąłem. Minister zjawił się osobiście, trochę zdziwiony, a trochę rozbawiony. Przeczytałem mu odpowiedni fragment statutu i dodałem – to wy towarzyszu, a nie ja, uchwalaliście statut.
W Berlinie przyjęto nas bardzo serdecznie, odwiedziliśmy Weimar, Lipsk, Drezno i kilka innych miast, gdzie zapoznaliśmy się z pracą enerdowskiego samorządu, był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny. Na pożegnanie wręczono nam albumy pamiątkowe.
W stolicy NRD mieszkała moja serdeczna koleżanka, kaliszanka, Kazia Marczak, jej mąż pracował w polskiej misji, w Berlinie Zachodnim. Państwo Gałązkowie zabrali mnie do Berlina Zachodniego, gdzie po raz pierwszy w życiu piłem Coca Colę, napój w Polsce nieznany, ściślej zakazany, jako symbol imperializmu.
Wspomnę jeszcze tylko o dwóch zdarzeniach związanych z Aleksandrem Zawadzkim. Pisałem już, że mieszkaliśmy z Renią i córeczką Ewą w jednym pokoiku w domku fińskim, kuchnię i łazienkę mieliśmy wspólną z Olą i Jankiem Czapczyńskimi. Pewnego razu zadzwonił do redakcji dyrektor Franciszek Nowak i poprosił, abym za pół godziny był gotowy, bo przyjedzie po mnie samochodem. Pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście, zatrzymaliśmy się na placyku przed kościołem, tuż za budynkiem Pałacu Namiestnikowskiego i piechotą ruszyliśmy w stronę kawiarni Telimena, nie wstąpiliśmy na kawę lecz weszliśmy do kamienicy obok na drugie piętro. Dyrektor wyjął klucz i otworzył drzwi. do mieszkania (dwa pokoje z kuchnią). Tu dowiedziałem się, że „mieszkanie jest dla was towarzyszu sekretarzu. Przydział dostajecie z puli przewodniczącego Rady Państwa”. Zaniemówiłem i osłupiałem. Gdy doszedłem do siebie poprosiłem dyrektora, aby podziękował przewodniczącemu Aleksandrowi Zawadzkiemu i jednocześnie przeprosił za to, iż nie mogę tego daru przyjąć. Jak przestanę być sekretarzem, a towarzysz Aleksander Zawadzki przyzna mi to mieszkanie wtedy z wielką chęcią wprowadzę się tu z rodziną. Gdy przebieg zdarzenia zrelacjonowałem żonie, Renia powiedziała, że postąpiłem słusznie. Ale w jej oczach dostrzegłem maleńki cień smutku. Upłynęło nieco czasu od tego zdarzenia. Otrzymałem telefon z Belwederu, że towarzysz Zawadzki zaprasza mnie na rozmowę. Spotkanie odbyło się na tarasie Belwederu, przy kawie i ciasteczkach. Aleksander Zawadzki zaproponował mi pracę na stanowisku zastępcy dyrektora (Franciszka Nowaka), a kiedy on zostanie ambasadorem, ja miałem przejąć jego stanowisko. Zachowałem się jak Józef Ślimak z „Placówki” Prusa, zapytałem Aleksandra Zawadzkiego czy mogę naradzić się z żoną? Po dwóch dniach odpowiedziałem, że czuję się zaszczycony propozycją i dziękuję towarzyszowi Przewodniczącemu za zaufanie, ale nie znalazłem w sobie dość kwalifikacji, by sprostać tak poważnemu stanowisku państwowemu. Było to moje ostatnie spotkanie z Aleksandrem Zawadzkim. Kadencja sekretarza POP PZPR dobiegła końca. Nie zgodziłem się ponownie kandydować, mimo że na zebraniu zgłoszono moje nazwisko.
poniedziałek, 5 lutego 2018
SZALEŃSTWO NARODOWE ROZKWITA
Pan prezydent postanowił ustanowić: Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej. Projekt ustawy przesłał do Sejmu. Uchwalą nocą, nim pierwszy kur zapieje. Spożywanie szmalcu będzie w tym dniu zakazane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











