Czy pamiętacie Państwo co oznaczają te skróty: KL-D; UD; UW; AWS; LPR; KPN; PPPP? Dla ułatwienia dodam, że są to skróty nazw partii, które swego czasu zasiadały w ławach Wysokiego Sejmu. PPPP wprowadziła do Sejmu aż 16 posłów. Założył ją, „dla jaj,” Janusz Rewiński satyryk i prześmiewca. Nazwa PPPP była zbyt długa więc podzieliła się na dwie partie MP i DP.
Dużą sławę swego czasu zdobyła partia Twój Ruch. Jej założyciel szczycił się tym, że partia nie musi mieć żadnego programu, bo programy są przeżytkiem. Sczezła doszczętnie, ale pozostawiła po sobie pewne ślady. Twórca partii bez programu, wybudował w Dzierwanach okazałe siedliszcze i gustowną kapliczkę. Partia wydała na świat dwóch polityków, Roberta Biedronia i Andrzeja Rozenka, którzy odziedziczyli skłonności swojego twórcy do tworzenia nowych partii. Andrzej Rozenek wraz z Grzegorzem Napieralskim (Napieralski zapoczątkował upadek SLD) stworzyli partię Biało – Czerwoni, która skrzydeł nie rozwinęła. Napieralskiego przytuliła Platforma Obywatelska, ratując w ten sposób jego dzieci przed niedostatkiem. Rozenek, obciążony Jerzym Urbanem do Platformy nie został przyjęty. Przytulił go Włodzimierz Czarzasty, ale Rozenek nie spełnił pokładanych w nim nadziei, przepadł w wyborach na prezydenta Warszawy. Jako elektor żelazny popierałem redaktora, ułożyłem nawet: "na lewicy się nie pęka, głosujemy na Rozenka". Ale mniej zdyscyplinowani elektorzy pamiętali Rozenkowi kpiny i szyderstwa z SLD. Redaktor, jak słuch niesie, myśli o stworzeniu partii pt „Kanapa Jednoosobowa”.
Nie jest odosobniony. Podobno Ryszard Petru, miłośnik Madery też zakasał rękawy i tworzy nową partię. Ma już jedną kandydatkę. Nazwa partii jeszcze nie ustalona. Pan Ryszard mówi, że będzie się nazywać Razem albo Teraz. Partia Razem już istnieje, a Teraz źle się kojarzy (TKM) i jest własnością PiS. A pan Petru własność traktuje jako najświętszą świętość. Partia będzie zapewne nazywać się „Wczoraj” ze względu na przedwczorajsze poglądy ekonomiczne twórcy.
Tatuś, Tadeusz Rydzyk z Torunia choć on nie Kopernik też zamierza stworzyć własną partię (chyba dla pana Antoniego) o nazwie Ruch Nowa Europa. Przyznaję, nie rozumiem zakonnika-dyrektora. Przecież prezes najważniejszej partii w Polsce, rząd, marszałkowie i sam prezydent z PIS-u klęczą przed nim na każdych urodzinach (prezesa nawet jedno kolano rozbolało) to po co mu nowa partia? Wieszczę, że pycha, prędzej czy później, zostanie przez Najwyższego ukarana.
Robert Biedroń nie zamierza wlec się w ogonie i tworzy, przy pomocy Krzysztofa Gawkowskiego z SLD, własną partię. Nazwa i program osłonięte są ścisłą tajemnicą, ale rąbek tajemnicy odsłonił, najlepszy tygodnik w Polsce „PRZEGLĄD,” drukując wywiad z premierem ze Słupska. Sam redaktor naczelny tygodnika Jerzy Domański i sławny Robert Walenciak wyciągali z premiera ze Słupska tajemnice z ograniczonym skutkiem. Program zostanie nam objawiony w lutym br.
Co się tyczy nazwy to, ja, zwykły człowiek, czyli nikt, proponuję, aby partia nazywała się „BIEDRONIECZKA”, kojarzy się dobrze pod każdym względem.
środa, 2 stycznia 2019
niedziela, 30 grudnia 2018
NA ODCHODNE (w oczach służb i konfidentów) - 2
Jeszcze tylko słowo o rzekomych stratach, zdaniem
służb specjalnych, poniesionych przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych w związku
z moim wyjazdem do USA. WFD nie poniosła żadnych strat. Jerzy Myssura zapłacił
za film 40. 000 dolarów (słownie czterdzieści tysięcy dolarów) nie licząc
wpływów, jakie film przyniósł, gdy Józef Tejchma podjął decyzję o wyświetlaniu
filmu „Ojciec Święty…” w polskich kinach.
W notatce, którą
mam nadzieję, przeczytali trzej generałowie, ich podwładni napisali:
„W 1978 r. po powrocie z Mistrzostw świata w Piłce
Nożnej w Argentynie miał trudności w rozliczeniu ok. 600 dol. USA. W czasie
pobytu w Argentynie ekipa realizatorska nie chciała podporządkować się
kierownictwu, organizowała picie alkoholu. W tej sprawie interweniował tow.
Dembicki, ówczesny kierownik polityczny ekipy polskiej, aktualnie pracuje jako
radca Ambasady PRL w Budapeszcie.”
Mam wiele
grzechów, o tytuł świętego nigdy się nie ubiegałem, ale przysięgam na wszystkich
świętych wszechczasów, że nie oszukałem nigdy, nikogo i mojej ojczyzny nawet na
grosik i nigdy nie miałem kłopotów z rozliczeniem się ze złotych polskich i
dolarów amerykańskich. Jak było opowiem. Zawsze, ilekroć wyjeżdżałem za granicę
otrzymywałem czeki, które wymieniałem po przyjeździe do jednego z 40 krajów,
które odwiedziłem. Tym razem, na wyjazd do Argentyny otrzymałem 5.500 dolarów w
zielonych banknotach. I to był mój koszmar przez cały pobyt w Argentynie. Przed
wyjazdem Renia uszyła mi, u krawcowej, specjalną torebkę, którą na niebieskiej
tasiemce nosiłem zawieszoną na szyi pod koszulą, a w niej dolary.
Pierwszy raz w
Buenos Aires piliśmy alkohol (Ryszard Golc, Janusz Kreczmański i ja) w
wytwornej kawiarni, do której zaprosiła nas pani dyrektor Biura Prasowego
Mundialu, tylko nas, nikogo więcej z ekipy dziennikarskiej. Wiadomość o tym
była przez chwilę sensacją. Rychło się wyjaśniło, dlaczego tylko nas. Przed
wyjazdem musieliśmy wpłacić kaucję za akredytację, gdybyśmy nie przyjechali na
Mundial pieniądze przepadały, gdy przyjechaliśmy podlegały zwrotowi. Panie z
księgowości WFD, przez pomyłkę wpłaciły pieniądze na prywatne konto pani
dyrektor Biura Prasowego Mundialu. Stąd zaproszenie. Odsetki od kaucji
spożyliśmy w postaci koniaku, a kaucja drogą służbową wróciła do Warszawy.
Pomyłce pań z księgowości WFD zawdzięczaliśmy spotkanie w kawiarni Buenos Aires
z elegancką panią dyrektor. Potem, jak wszyscy braliśmy udział w różnych
imprezach dla dziennikarzy, gdzie piliśmy wino, koniaki i likiery.
Pamiętam „Asado” imprezę dla dziennikarzy, gdzie
degustowaliśmy mięso młodej krowy upieczonej w skórze i popijaliśmy doskonałym
argentyńskim winem, a przede wszystkim spotkanie dziennikarzy, na które
zaprosił nas Edson Uczono Arantes do Nascimento, sławny brazylijski piłkarz, Pelle,
teraz dziennikarz, nasz kolega, mieszkający w tym samym co my hotelu.
Oczywiście, że piliśmy wino i szampana, tańczyliśmy z uroczymi Argentynkami i
nie tylko. Pytam jednak czy, ja z woreczkiem dolarów pod koszulą mogłem się
upić? O innych przyjemnościach nie wspominając.
Usiłowałem teraz odnaleźć towarzysza Dembickiego, bo
zapamiętałem go jako człowieka o wysokiej kulturze i poważnego i nie mogłem
sobie wyobrazić, by mógł zmyślić cokolwiek. Zadzwoniłem do znajomego i
opowiedziałem mu o notatce.
Kolega nie znał osobiście Dembickiego, ale wiedział,
że w Wydziale Prasy odpowiadał za prasę sportową. A skoro był w Argentynie, by
pilnować dziennikarzy to mógł coś powiedzieć, by uzasadnić powierzoną mu
funkcję.
Znajomy zakończył naszą rozmowę pytaniem. Mirku, nie
masz poważniejszych problemów?
Mam, brak 600 dolarów. Wróciłem do Warszawy i pewnego
popołudnia zacząłem przygotowywać rozliczenie, układać rachunki za hotele i
przejazdy, diety dla trzech osób itp. Na stole leżały wspomniane dokumenty i
dolary. Do pokoju weszła Ewa, moja córka i spytała skąd mam tyle dolarów. Nie
mam, bo to nie są moje pieniądze tylko państwowe. - Nie możesz wziąć sobie kilka tych papierków? -
To byłaby kradzież, namawiasz mnie do tego?
Ewa wzięła dolary do ręki i mówiąc, gdyby były twoje
bylibyśmy bogaci, rzuciła je do góry. Pozbieraliśmy dolary, a ja kończyłem
rozliczanie. Wtedy okazało się, że brakuje mi 500 dolarów! Gorączkowo, z Renią
i Ewą zaczęliśmy szukać banknotów, odsunęliśmy nawet tapczan. Pieniądze
przepadły. Byłem piekielnie zdenerwowany. W pewnym momencie Ewa krzyknęła: tato
są! Pięć banknotów zatrzymało się na żyrandolu. Opowiedziałem o tym zdarzeniu w
redakcji. Konfident doniósł, że „miałem trudności w rozliczeniu ok. 600 dol. USA.”
Dlaczego dodał łobuz sto dolarów?
Konfidenci i pracownicy służb specjalnych pominęli
milczeniem jeden drobiazg, nasz pobyt w Argentynie kosztował państwo 4.000
dolarów. Osiem kronik zakupiło wydanie specjalne z Mundialu w Argentynie. Osiem
kronik wpłaciło po 1.000 dolarów, czyli 8.000 dolarów.
I ostatni fragment notatki służb specjalnych: „W
październiku 1981 r. opublikował w „Expresie Wieczornym” i „Kurierze Polskim”
artykuł dot. samorządności, samodzielności i niezależności redakcji PKF,
domagając się oderwania od Wytwórni Filmów Dokumentalnych”
Nie napisałem w
wymienionych popołudniówkach nigdy ani jednego słowa. Udzieliłem natomiast
wywiadu dziennikarzom tych redakcji. Polska Kronika Filmowa miała zniknąć z
ekranów kin, bo rzekomo zabrakło taśmy. Uratował Polską Kronikę Filmową
Mieczysław F. Rakowski, ówczesny wicepremier. Prawdą jest, że chcieliśmy wziąć
rozwód z WFD. Całej prawdy możecie dowiedzieć się Państwo na: https://pekaefczyk.com.
Dlaczego wracam do dawno minionych spraw? Nie dlatego
bym przejął się kłamstwami pracowników służb specjalnych i konfidentów. Po
odejściu z PKF pracowałem w Krajowej Agencji Wydawniczej, byłem nagradzany a
nawet odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Piszę o tym, bo
pragnę na własnym przykładzie pokazać, ile są warte materiały służb
specjalnych. Nieuczciwi szpiedzy mogą zaszargać opinię każdego człowieka, a
nawet go zniszczyć, gdy osoby sprawujące rządy, a którym podlegają służby
specjalne wierzą im bezkrytycznie. Gorzej, gdy w grę wchodzą nie pojedyncze
osoby, a całe państwa. Prezydent Stanów Zjednoczonych uwierzył służbom
specjalnym, napadł na Irak i zniszczył państwo. Uwierzył czy zlecił służbom
przygotowanie fałszywych materiałów?
Nie posądzam trzech generałów, że potrzebowali
fałszywych materiałów, aby mnie zwolnić
13 grudnia 1981 roku naruszyłem dekret o stanie
wojennym. Filmowałem bowiem ze Zbyszkiem Skoczkiem Warszawę, wyraziłem zgodę,
aby Krzysztof Szmagier wraz z Januszem Kuźniarskim filmowali pierwszy dzień
stanu wojennego. Byłem wszak kronikarzem PRL Czy to nie wystarczało, by mnie
zwolnić z pracy?
Wiem, na czyje polecenie przygotowano notatkę, wiem
kto w redakcji był konfidentem. Konfident już nie żyje. O moim prześladowcy,
Janie Grzelaku z Wydziału Prasy KC PZPR kilkakrotnie wspominałem w swoich
wspomnieniach. Już po transformacji awansował na wysokie stanowisko dyrektora w
ministerstwie. Potem słuch o nim zaginął.
PS Uczono mnie przez cztery lata na studiach, że pamięć ludzka jest zawodna, dlatego dziennikarz powinien wszystkie zdarzenia zapisywać. Napisałem, że nie miałem z towarzyszem Dembickim żadnych konfliktów. Porządkując swoje materiały archiwalne znalazłem zapis, że nie posłuchałem towarzysza Dembickiego, który zabronił polskim dziennikarzom kontaktów z polskimi dziennikarzami z Wolnej Europy. Gdy mnie strofował odpowiedziałem, że w statucie PZPR nie ma takich zakazów.
wtorek, 18 grudnia 2018
ANDRZEJ GÓRZNY NIE DYSKUTUJE...
9 grudnia Andrzej Górzny zamieścił na FB interesujący post na temat pani
Moniki Jaruzelskiej i szczątków SLD. "Wszelkie próby reanimacji i roszad w
SLD, (pisze autor) nie wróżą żadnego sukcesu. Odcięcie się od czołowych
działaczy tej partii i jej infantylnych liderów żyjących problemami klasy
średniej i próba zbudowania czegoś nowego w oparciu o nowe twarze, wydają się
być jedynym wyjściem z sytuacji. Czy jednak, mając na uwadze zbliżające się
szybko wybory, już nie jest za późno?..." Zjadliwa
ocena kierownictwa SLD przez Andrzeja Górznego nie jest niczym nowym, wpisuje
się w nurt totalnego niszczenia Włodzimierza Czarzastego i jego
współpracowników. Wyraziłem nieśmiało swoje zastrzeżenia do ogólnych ocen
Andrzeja Górznego w chwili, gdy SLD wraca na polityczną arenę po umiarkowanym
sukcesie wyborczym. Zaproponowałem
Górznemu, aby miast ogólnych oskarżeń z pogranicza inwektyw, podyskutować o
programie SLD. Andrzej Górzny stanowczo odrzucił moją propozycję stwierdzając,
że o papierowych programach nie ma zamiaru rozmawiać. Poprosiłem go wtedy, aby
przedstawił swoją wizję lewicy, zarys ewentualnego programu... Moja propozycja
została definitywnie odrzucona. Natomiast Autor, jako człowiekiem zapewne
dobrze wychowany, poinformował mnie, że za chwilę usunie wszystkie moje wpisy.
Moją prośbę, aby ich do kosza nie wyrzucał zignorował.
Zostawił jednak pochlebne dla niego
wszystkie moje wypowiedzi.
Wspominam o tym, albowiem Górzny nie jest jedynym, zaciekłym krytykiem SLD,
należy chyba do dość licznej grupy wspierającej się nawzajem. Na kilku takich
przeciwników trafiłem na FB. Zawsze proponuję im rzeczową dyskusję i zawsze
trafiam na obraz…Górznego. Wszyscy, jednogłośnie odrzucają program SLD
twierdząc, że nie warto go czytać, bo to strata czasu.
Dziwi mnie ta nieugięta
jednomyślność. „Lewicowcy”
odrzucają propozycje SLD podniesienia podatków dla najbogatszych. Czyżby byli wszyscy z tej grupy?
„Lewicowcy” nie chcą słyszeć o zakazie
umów śmieciowych, podniesieniu płacy minimalnej i stawki godzinowej. Nie akceptują
wzrostu wydatków na seniorów. Są przeciwni obniżeniu podatków lub całkowitemu
ich zniesieniu dla najmniej zarabiających. O zmniejszeniu wydatków na obronę
nie wspominam.
W programie swoim SLD jasno mówi o
prawach kobiet, o prawach kochających inaczej, o tolerancji i prawach
politycznych obywateli. Może właśnie z tych powodów owi „lewicowcy”
kategorycznie odżegnują się od przeczytania PROGRAMU SOJUSZU LEWICY
DEMOKRATYCZNEJ?
niedziela, 9 grudnia 2018
NA ODCHODNE ( w oczach służb i konfidentów) -1
Pojawiłem się na świecie w czasie, gdy państwem polskim rządzili bohaterowie pierwszego sortu, którzy w 1939 roku zwiali z ojczyzny, zostawiając bezbronnych obywatel na pastwę niemieckiego żołdactwa, zaś marszałek porzucił armię i jak tchórz czmychnął wraz z bohaterami, nie zostawiając w ojczyźnie nawet guzika. Szczęśliwie, choć nie bez uszczerbku, przeżyłem wojnę. Po przepędzeniu hord niemieckich przez Armię Czerwoną, skończyłem szkołę podstawową i liceum. Z maturą i dyplomem „Przodownika w nauce i pracy społecznej” dotarłem do Warszawy, bez egzaminu (gwarantował mi to ów dyplom) dostałem się na Uniwersytet Warszawski. Tu, w Pałacu Kazimierzowskim, prodziekan wydziału, pan Kowalewski usiłował mnie zniechęcić do studiowania dziennikarstwa, bo mój ojciec przebywał w Wielkiej Brytanii, po wojnie nie wrócił do kraju. W chwilach wolnych wraz z tysiącami mieszkańców stolicy usuwałem gruz wojenny, sadziłem drzewa, umacniałem skarpę przy kościele Świętej Anny. Później w czynach partyjnych porządkowałem ulice i place miasta.
Moje artykuły ukazywały się w dziennikach i tygodnikach, pracowałem 13 lat w Polskiej Kronice Filmowej. Nie spodziewałem się, że moją skromną osobą zainteresują się, kiedykolwiek trzej najważniejsi generałowie w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Zajęli się mną po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy komisja weryfikująca dziennikarzy wyrzuciła mnie z PKF (za nadmierne eksponowanie w PKF „Solidarności”) a egzekutywa PZPR w Wytwórni Filmów Dokumentalnych napisała do generała Wojciecha Jaruzelskiego list w mojej obronie. Generał Jaruzelski zlecił generałowi Michałowi Janiszewskiemu zbadanie sprawy. Generał Janiszewski napisał do generała Czesława Kiszczaka list z prośbą o dostarczenie mojej teczki.
Teczkę wraz z jej zawartością dostarczono gen. Janiszewskiemu… Minęły lata, trzej dzielni generałowie oddali władzę, komu…niech każdy sobie dopowie. Ja, człowiek, którego jakiś durny ciemniak zaliczył do gorszego sortu, pędzę żywot emeryta, nie wstąpiłem do żadnej partii i nie przyjąłem żadnej z kilku ofert.
Nadrabiam czas utracony, czytam wspaniałe książki, chodzę z Renią na spacery, podkarmiamy zaprzyjaźnione wiewiórki, wrony i inne ptactwo w parku, trochę na wyrost nazwanym Arkadią. Od czasu do czasu dzwonią do mnie różne osoby i zadają mi przedziwne pytania, w rodzaju: kiedy panu KC zleciło zrobić film o pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II? Albo kiedy Stefan Olszowski polecił panu przygotować film na powitanie Armii Czerwonej? No, cóż…
Nie zdziwił mnie więc telefon pracownika IPN proszącego o odpowiedź na kilka pytań. Zaprosiłem zmieniacza historii z rzeczywistej na słuszną do domu, bo nikomu nie odmawiam, a także kierowany ciekawością. Przedstawiciel, powołanego do życia Instytutu, przez Prawo i Sprawiedliwość wespół z Platformą Obywatelską, okazał się człowiekiem inteligentnym i przemiłym. Gawędziliśmy sobie o przeszłości ze zrozumieniem. Opowiadałem mu o czasach niesłusznych, on o spotkaniu Władysława Gomułki z Nikitą Chruszczowem w Puszczy Białowieskiej i o zdjęciu, na którym Nikita trzyma dubeltówkę skierowaną we Władysława. Nim kur zapiał młody zmieniacz przeszłości na słuszną opuścił skromne progi mojego (52,5 m. kwadratowego) mieszkania. Nie wiem, dlaczego ów miły i inteligentny pracownik IPN przysłał mi teczkę, ściślej korespondencję między trzema generałami, a w niej materiały na mój temat przygotowane przez pracowników służb tajnych i konfidentów. I oczywiście zdjęcia Gomułki i Chruszczowa, w Puszczy. Kto trzyma broń niebezpiecznie skierowaną możecie się Państwo sami przekonać, gdy spojrzycie na zdjęcia.
Dowiedziałem się o sobie tyle niestworzonych rzeczy, że postanowiłem upublicznić ową korespondencję.
Z dokumentów przygotowanych przez tajnych agentów i donosicieli dowiedziałem się, że: „Wymieniony w Polskiej Kronice Filmowej pracuje od 1 lipca 1969 r, początkowo, jako z-ca redaktora naczelnego, a od 1972 r. jako redaktor naczelny. Funkcję tę pełni do chwili obecnej. W czasie swojej długoletniej pracy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych dał się poznać jako człowiek dążący za wszelką cenę do wyższego standardu życiowego. W związku z tym zaczął organizować dla siebie różnego rodzaju „chałtury” w celu zarobienia jak największej ilości pieniędzy.”
Nie przypominam sobie, abym na Chełmskiej 21 „zorganizował” choć jedną „chałturę”. Pamiętam, że z Kajetanem Gruszeckim, (pracownik KC PZPR, później korespondent Trybuny Ludu w Moskwie) i z jego inspiracji, zrealizowaliśmy, dla celów partyjnego szkolenia, film o warszawskim przemyśle i zrezygnowaliśmy z honorarium. Wtedy złożył mi wizytę (pracował po drugiej stronie korytarza) reżyser Ludwik Perski, jeden z twórców PKF i po przyjacielsku ostrzegł, abym w przyszłości nie popełniał takich błędów, „bo jeszcze nam, reżyserom każą robić filmy za darmo, w czynie partyjnym.”
Samodzielnie, z własnej inicjatywy i pomysłu zrealizowałem filmy „Bengalia”, który (bez mojej wiedzy) znalazł się na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Krakowie, „Canada, Canada.” i „Po prostu Meksyk” Pozostałe filmy realizowałem na zlecenie władz państwowych i partyjnych. Jeden film pełnometrażowy zamówił u mnie pan Jerzy Myssura, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, obywatel USA. Film nosił tytuł, wymyślony przez zleceniodawcę: „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce”, ale o tym nieco później.
Twierdzenie, że za wszelką cenę pragnę się zbogacić upowszechniał towarzysz Jan Grzelak, pracownik KW PZPR w Warszawie. Był to typowy, wierny aparatczyk, którego usunąłem z kolegium PKF, bo za czasu mojego poprzednika nie przychodził na posiedzenia kolegium, nie brał udziału w nagraniach kroniki, a po honorarium przysyłał kierowcę. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF zadzwoniłem do towarzysza Jana Grzelaka i poinformowałem, że jeśli nie będzie brał udziału w pracach kolegium skreślę go z listy. Usłyszałem: spróbuj. Kierowca odszedł od okienka kasy z kwitkiem. Na moje nieszczęście towarzysz Grzelak awansował do Wydziału Prasy Radia i Telewizji KC i bez przerwy zajmował się moimi zarobkami. Jeden film o wizycie Breżniewa w Polsce (wyświetlany na 7 ekranach jednocześnie) na polskiej wystawie w Moskwie nakazał mi zrealizować, właśnie Jan Grzelak-mój prześladowca. Film cieszył się wielkim zainteresowaniem nie tylko moskwiczan, ale prasy i telewizji. Dokładny opis można przeczytać na mojej stronie (https://pekaefczyk.com), zapraszam i zachęcam.
Moje artykuły ukazywały się w dziennikach i tygodnikach, pracowałem 13 lat w Polskiej Kronice Filmowej. Nie spodziewałem się, że moją skromną osobą zainteresują się, kiedykolwiek trzej najważniejsi generałowie w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Zajęli się mną po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy komisja weryfikująca dziennikarzy wyrzuciła mnie z PKF (za nadmierne eksponowanie w PKF „Solidarności”) a egzekutywa PZPR w Wytwórni Filmów Dokumentalnych napisała do generała Wojciecha Jaruzelskiego list w mojej obronie. Generał Jaruzelski zlecił generałowi Michałowi Janiszewskiemu zbadanie sprawy. Generał Janiszewski napisał do generała Czesława Kiszczaka list z prośbą o dostarczenie mojej teczki.
Teczkę wraz z jej zawartością dostarczono gen. Janiszewskiemu… Minęły lata, trzej dzielni generałowie oddali władzę, komu…niech każdy sobie dopowie. Ja, człowiek, którego jakiś durny ciemniak zaliczył do gorszego sortu, pędzę żywot emeryta, nie wstąpiłem do żadnej partii i nie przyjąłem żadnej z kilku ofert.
Nadrabiam czas utracony, czytam wspaniałe książki, chodzę z Renią na spacery, podkarmiamy zaprzyjaźnione wiewiórki, wrony i inne ptactwo w parku, trochę na wyrost nazwanym Arkadią. Od czasu do czasu dzwonią do mnie różne osoby i zadają mi przedziwne pytania, w rodzaju: kiedy panu KC zleciło zrobić film o pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II? Albo kiedy Stefan Olszowski polecił panu przygotować film na powitanie Armii Czerwonej? No, cóż…
Nie zdziwił mnie więc telefon pracownika IPN proszącego o odpowiedź na kilka pytań. Zaprosiłem zmieniacza historii z rzeczywistej na słuszną do domu, bo nikomu nie odmawiam, a także kierowany ciekawością. Przedstawiciel, powołanego do życia Instytutu, przez Prawo i Sprawiedliwość wespół z Platformą Obywatelską, okazał się człowiekiem inteligentnym i przemiłym. Gawędziliśmy sobie o przeszłości ze zrozumieniem. Opowiadałem mu o czasach niesłusznych, on o spotkaniu Władysława Gomułki z Nikitą Chruszczowem w Puszczy Białowieskiej i o zdjęciu, na którym Nikita trzyma dubeltówkę skierowaną we Władysława. Nim kur zapiał młody zmieniacz przeszłości na słuszną opuścił skromne progi mojego (52,5 m. kwadratowego) mieszkania. Nie wiem, dlaczego ów miły i inteligentny pracownik IPN przysłał mi teczkę, ściślej korespondencję między trzema generałami, a w niej materiały na mój temat przygotowane przez pracowników służb tajnych i konfidentów. I oczywiście zdjęcia Gomułki i Chruszczowa, w Puszczy. Kto trzyma broń niebezpiecznie skierowaną możecie się Państwo sami przekonać, gdy spojrzycie na zdjęcia.
Dowiedziałem się o sobie tyle niestworzonych rzeczy, że postanowiłem upublicznić ową korespondencję.
Z dokumentów przygotowanych przez tajnych agentów i donosicieli dowiedziałem się, że: „Wymieniony w Polskiej Kronice Filmowej pracuje od 1 lipca 1969 r, początkowo, jako z-ca redaktora naczelnego, a od 1972 r. jako redaktor naczelny. Funkcję tę pełni do chwili obecnej. W czasie swojej długoletniej pracy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych dał się poznać jako człowiek dążący za wszelką cenę do wyższego standardu życiowego. W związku z tym zaczął organizować dla siebie różnego rodzaju „chałtury” w celu zarobienia jak największej ilości pieniędzy.”
Nie przypominam sobie, abym na Chełmskiej 21 „zorganizował” choć jedną „chałturę”. Pamiętam, że z Kajetanem Gruszeckim, (pracownik KC PZPR, później korespondent Trybuny Ludu w Moskwie) i z jego inspiracji, zrealizowaliśmy, dla celów partyjnego szkolenia, film o warszawskim przemyśle i zrezygnowaliśmy z honorarium. Wtedy złożył mi wizytę (pracował po drugiej stronie korytarza) reżyser Ludwik Perski, jeden z twórców PKF i po przyjacielsku ostrzegł, abym w przyszłości nie popełniał takich błędów, „bo jeszcze nam, reżyserom każą robić filmy za darmo, w czynie partyjnym.”
Samodzielnie, z własnej inicjatywy i pomysłu zrealizowałem filmy „Bengalia”, który (bez mojej wiedzy) znalazł się na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Krakowie, „Canada, Canada.” i „Po prostu Meksyk” Pozostałe filmy realizowałem na zlecenie władz państwowych i partyjnych. Jeden film pełnometrażowy zamówił u mnie pan Jerzy Myssura, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, obywatel USA. Film nosił tytuł, wymyślony przez zleceniodawcę: „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce”, ale o tym nieco później.
Twierdzenie, że za wszelką cenę pragnę się zbogacić upowszechniał towarzysz Jan Grzelak, pracownik KW PZPR w Warszawie. Był to typowy, wierny aparatczyk, którego usunąłem z kolegium PKF, bo za czasu mojego poprzednika nie przychodził na posiedzenia kolegium, nie brał udziału w nagraniach kroniki, a po honorarium przysyłał kierowcę. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF zadzwoniłem do towarzysza Jana Grzelaka i poinformowałem, że jeśli nie będzie brał udziału w pracach kolegium skreślę go z listy. Usłyszałem: spróbuj. Kierowca odszedł od okienka kasy z kwitkiem. Na moje nieszczęście towarzysz Grzelak awansował do Wydziału Prasy Radia i Telewizji KC i bez przerwy zajmował się moimi zarobkami. Jeden film o wizycie Breżniewa w Polsce (wyświetlany na 7 ekranach jednocześnie) na polskiej wystawie w Moskwie nakazał mi zrealizować, właśnie Jan Grzelak-mój prześladowca. Film cieszył się wielkim zainteresowaniem nie tylko moskwiczan, ale prasy i telewizji. Dokładny opis można przeczytać na mojej stronie (https://pekaefczyk.com), zapraszam i zachęcam.
Przez całe długie życie nie dążyłem do bogactwa. Nie przyjąłem mieszkania od Aleksandra Zawadzkiego, gdy po październiku 1956 roku wybrano mnie sekretarzem partii w Kancelarii Rady Państwa, Kancelarii Sejmu i Ogólnopolskiego Komitetu FJN. Nie przyjąłem propozycji pracy na stanowisku dyrektora u przewodniczącego Rady Państwa, nie przyjąłem pracy w aparacie partyjnym proponowanej mi przez Zdzisława Żandarowskiego, sekretarza KC PZPR. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF nie kupiłem willi proponowanej mi przez sekretarza Komitetu Dzielnicowego PZPR na Mokotowie, ale ją obejrzałem. Nie wyobrażałem sobie życia trzyosobowej rodziny w piętrowym budynku.
Następny fragment służb tajnych brzmi: „W październiku 1979 r. M. Chrzanowski zorganizował wyjazd do USA w celu filmowania pobytu papieża w ośrodkach polonijnych. Wyjazd ten nie przyniósł żadnych efektów, ponieważ nie uzyskano zgody na filmowanie od władz amerykańskich. Wizyta ta była realizowana bez żadnych przygotowań, przyniosła tylko znaczne straty WFD.”
Jerzy Myssura zaprosił czteroosobową ekipę PKF do Nowego Jorku, bo film przyniósł mu duże zyski. Opłacił nasz pobyt, transport (wynajął do naszej dyspozycji samochód), którym przez miesiąc poruszaliśmy po USA. Ponieważ nasz pobyt zbiegał się z wizytą papieża w USA, sądziliśmy, że będzie chciał relację o papieżu w NY dołączyć do filmu. Dyskutowaliśmy o tym w redakcji. Nie chciał. Napisał o tym w faksie, który przytaczam. Nieuctwo i nierzetelność agenta służb specjalnych zawarte jest w zdaniu: „…nie uzyskano zgody na filmowanie od władz amerykańskich,” W archiwum na Chełmskiej są materiały, które przywieźliśmy z USA, filmowaliśmy pobyt papieża dla naszych potrzeb, zamieściliśmy o wizycie papieża temat w PKF. Na filmowanie kogokolwiek i czegokolwiek w USA nie trzeba mieć żadnej zgody. Nieuczciwy pracownik służb tajnych przeniósł polskie rygory do USA.
W swoim życiu filmowałem defiladę w Atenach, z okazji czwartej rocznicy dojścia do władzy „czarnych pułkowników." Bez zgody, a w dodatku bez wizy w paszporcie. Bez zgody filmowałem VI flotę USA na Malcie i na morzu. Pracownicy służb specjalnych mają dziwne skłonności, sądzę, że piszą notatki na zlecenie i pod zapotrzebowanie. W czasie pracy w Krajowej Agencji Wydawniczej wydawałem książkę głośnego wówczas szpiega, który pracował w Wolnej Europie. Autor opisał w niej lot Jumbo Jet’em, bez sensu, bo nigdy tym samolotem nie leciał. Udowodniłem mu to w rozmowie. Jumbo Jet’em leciałem 5 razy z Paryża do Meksyku i z powrotem, z Paryża do Nairobi i z powrotem, z Karaczi do Bejrutu. CDN.
Na zdjęciach korespondencja służb tajnych i fragmenty wyżej cytowane, faxy od Jerzego Myssury i dwa zdjęcia z Puszczy Białowieskiej.
Następny fragment służb tajnych brzmi: „W październiku 1979 r. M. Chrzanowski zorganizował wyjazd do USA w celu filmowania pobytu papieża w ośrodkach polonijnych. Wyjazd ten nie przyniósł żadnych efektów, ponieważ nie uzyskano zgody na filmowanie od władz amerykańskich. Wizyta ta była realizowana bez żadnych przygotowań, przyniosła tylko znaczne straty WFD.”
Jerzy Myssura zaprosił czteroosobową ekipę PKF do Nowego Jorku, bo film przyniósł mu duże zyski. Opłacił nasz pobyt, transport (wynajął do naszej dyspozycji samochód), którym przez miesiąc poruszaliśmy po USA. Ponieważ nasz pobyt zbiegał się z wizytą papieża w USA, sądziliśmy, że będzie chciał relację o papieżu w NY dołączyć do filmu. Dyskutowaliśmy o tym w redakcji. Nie chciał. Napisał o tym w faksie, który przytaczam. Nieuctwo i nierzetelność agenta służb specjalnych zawarte jest w zdaniu: „…nie uzyskano zgody na filmowanie od władz amerykańskich,” W archiwum na Chełmskiej są materiały, które przywieźliśmy z USA, filmowaliśmy pobyt papieża dla naszych potrzeb, zamieściliśmy o wizycie papieża temat w PKF. Na filmowanie kogokolwiek i czegokolwiek w USA nie trzeba mieć żadnej zgody. Nieuczciwy pracownik służb tajnych przeniósł polskie rygory do USA.
W swoim życiu filmowałem defiladę w Atenach, z okazji czwartej rocznicy dojścia do władzy „czarnych pułkowników." Bez zgody, a w dodatku bez wizy w paszporcie. Bez zgody filmowałem VI flotę USA na Malcie i na morzu. Pracownicy służb specjalnych mają dziwne skłonności, sądzę, że piszą notatki na zlecenie i pod zapotrzebowanie. W czasie pracy w Krajowej Agencji Wydawniczej wydawałem książkę głośnego wówczas szpiega, który pracował w Wolnej Europie. Autor opisał w niej lot Jumbo Jet’em, bez sensu, bo nigdy tym samolotem nie leciał. Udowodniłem mu to w rozmowie. Jumbo Jet’em leciałem 5 razy z Paryża do Meksyku i z powrotem, z Paryża do Nairobi i z powrotem, z Karaczi do Bejrutu. CDN.
Na zdjęciach korespondencja służb tajnych i fragmenty wyżej cytowane, faxy od Jerzego Myssury i dwa zdjęcia z Puszczy Białowieskiej.
środa, 5 grudnia 2018
DROGI ADAMIE
Jestem Ci niezmiernie wdzięczny, że słyszysz moje myśli, ja, niestety słuch mam już słaby więc intensywnie oszczędzam, by zakupić za 5600 PLN, jakiś aparacik choć wiem, że głosu Maryi Zawsze Dziewicy nie usłyszę, albowiem ONA zaniemówiła słuchając pana Mateusza Morawieckiego, chwilowego premiera, z łaski miłościwie nam panującego PANA PREZESA. Tekst Twój przeczytałem, bez bożej pomocy, z wielką uwagą i takimż zdumieniem.
Piszesz: "... ale nawoływanie do otwarcia „ Puszki Pandory” to drogowskaz dla innych co mamy robić jak nie podoba nam się władza . W takim razie na co pojęcie , demokracja, wolne wybory"
W dwóch zdaniach, Adamie, zawarłeś tyle problemów, że odpowiem po kolei. Pojęcie demokracja istnieje m.in. po to, żeby ludzie mogli dokonywać wolnych wyborów swoich władz, ale także i po to by obywatele mogli "nawoływać" do protestu, gdy rządzący powołując się na "mandat dany im przez naród", niszczą instytucje demokratyczne, miast je unowocześniać i usprawniać. Wolne wybory o niczym jeszcze nie przesadzają. Przy pomocy wolnych wyborów do władzy dochodzili i dochodzą dyktatorzy. PiS został wybrany w wolnych wyborach to nie ulega wątpliwości, ale usiłuje budować państwo tylko dla swoich. Oto przykład pan prokurator Stanisław Piotrowicz należał do PZPR, ja też należałem do PZPR. Pan prokurator bryluje z różańcem, na którym krowę można uwiązać i niszczy instytucje demokratyczne, a ja zaliczony jestem do gorszego sortu, bo się nie sprzedałem. I jestem w tym państwie bez przerwy obrażany. W dodatku wolno mi mniej, bo mam lewicowe poglądy, nie muszę Ci przypominać kto rozgłasza takie niedorzeczne poglądy.
Rząd PiS podporządkowuje sobie niezawisłe sądy. Napotkał wprawdzie na kłopoty w UE, ale swoje zrobił. Ten rząd uznaje tylko tych, którzy mu potakują, lizusów i tym podobnych koniunkturalistów. I jak tu nie nawoływać i nie protestować? Gdy kaczyści opanują wymiar sprawiedliwości zaczną repolonizować media. Część już zrepolonizowali. Aliści największy przyjaciel, który rozsiewa po świecie demokrację przy pomocy napalmu i rakiet pogroził paluszkiem. Pani ambasadorka USA skarciła, jeszcze premiera, pana Mateusza Morawieckiego, że własności amerykańskiej (TVN) repolonizować nie wolno, bo ta firma nad Wisłą broni interesów tych z nad Potomaku. Wyjdę więc na ulicę w obronie wolności słowa i obrazu.
Ale wyjdę pod pewnym warunkiem, bo jak wiadomo tylko marsz parasolek odniósł pozytywny skutek, pozostałe protesty marszowe rząd wykorzystał dla własnej obrony pokazując Brukseli jaka to u nas wolność maszerowania. Stąd wniosek, że przestarzałe marsze trzeba zamienić na nowoczesne blokady. Zablokować wszystkie ważne budynki władzy w stolicy, zablokować szczelnie i na długo. Niech wybrani przez naród poznają siłę myślącego suwerena, zaś 5.711.627 narodu niech się za rząd modli, w oczekiwaniu aż królowa Polski przyjdzie z pomocą.
Na koniec odpowiadam na Twoje ostanie pytanie "...co mamy robić jak nie podoba nam się władza"? Protestować , Adamie, skutecznie protestować. Takie prawo daje nam demokracja. I w tym jest prawdziwy urok demokracji.
Pozdrawiam Cie mile i serdecznie.
sobota, 17 listopada 2018
NA ODCHODNE ( w oczach karykaturzystów)
To już przedostatni odcinek „Na Odchodne”, może trochę nieskromny, proszę więc o wybaczenie i zrozumienie. Nie szukam rozgłosu, swoje pięć minut miałem bardzo dawno temu, było, minęło…nie ma czego żałować, wszak wszystko przemija.
Przez 35 lat pisywałem na różnych łamach, łajano mnie w licznych tytułach i dokumentach. Było, minęło.
Na odchodne pragnę jeszcze pokazać, jak mnie postrzegali artyści. Zacznę jednak od mojej ukochanej,czteroletniej wnusi, która tak mnie widziała - patrz pierwszy rysunek. Ostatni obrazek bardzo trafnie przedstawia mój życiowy dorobek materialny.
Po ukończeniu studiów zaczynaliśmy z Renią dorosłe życie z małymi, sfatygowanymi walizeczkami. Kończyliśmy, jak na rysunku. Śpimy spokojnie, o 6 rano nie załomocą do drzwi naszego mieszkania, choć dziś nie można mieć stuprocentowej pewności, nie braliśmy bowiem łapówek, nie robiliśmy przekrętów, nie kradliśmy. Odejdziemy z podniesionymi głowami.
Nie mówię żegnajcie, pozostał mi jeszcze ostatni odcinek.
Przez 35 lat pisywałem na różnych łamach, łajano mnie w licznych tytułach i dokumentach. Było, minęło.
Na odchodne pragnę jeszcze pokazać, jak mnie postrzegali artyści. Zacznę jednak od mojej ukochanej,czteroletniej wnusi, która tak mnie widziała - patrz pierwszy rysunek. Ostatni obrazek bardzo trafnie przedstawia mój życiowy dorobek materialny.
Po ukończeniu studiów zaczynaliśmy z Renią dorosłe życie z małymi, sfatygowanymi walizeczkami. Kończyliśmy, jak na rysunku. Śpimy spokojnie, o 6 rano nie załomocą do drzwi naszego mieszkania, choć dziś nie można mieć stuprocentowej pewności, nie braliśmy bowiem łapówek, nie robiliśmy przekrętów, nie kradliśmy. Odejdziemy z podniesionymi głowami.
Nie mówię żegnajcie, pozostał mi jeszcze ostatni odcinek.
piątek, 2 listopada 2018
POD DYKTANDO POLITYCZNEGO ZŁOCZYŃCY
Najpierw nas
skłócił, potem nas posortował, postraszył robalami i Putinem. Wygrał wybory,
obsadził najważniejsze stanowiska w państwie miernotami i z wielkim powodzeniem
realizuje swój plan. Sprawił, że liderzy opozycji (mam nadzieję bezwiednie)
realizują jego scenariusz. Polki i Polacy nie dyskutują, nie spierają się tylko
walczą, walczą, walczą. Zwalczają się z niespotykaną zajadłością. Jak długo to
potrwa?
Wybory
samorządowe zakończyły się remisem ze wskazaniem na opozycję. Nadszedł czas
refleksji. W wielu gminach, miasteczkach i powiatach nie wyłoniono
zdecydowanego zwycięzcy. Radni z różnych partii zaczęli się zastanawiać co
robić dalej, z kim zawrzeć koalicję, by wprowadzić normalność? Bo normalność w
Polsce gminnej, miasteczkowej i powiatowej jest konieczna do życia. I w tym
momencie zawrzało.
Zaskoczyło
mnie stanowisko SLD. Włodzimierz Czarzasty zawiesił radnych, członków SLD, za
próbę zawiązania koalicji z radnymi PiS. To wielki błąd. Dlaczego?
Szef PiS
odnosi sukcesy, bo prowadzi nieustającą wojnę w Polsce z wrogami Polski,
Polakami. Największym wrogiem jest Platforma Obywatelska, która nie pozostaje
PiS-owi dłużna. Tłuką się więc na prawicy, na Wiejskiej. Niech się tłuką. Przez
prowadzenie nieustającej wojny PiS utrzymuje swój elektorat w gotowości. W PiS
jak w każdej partii są ludzie mądrzy i głupi. Zakładam, że ci mądrzy w gminach,
małych miastach, powiatach, aby rozwiązywać problemy swoich wyborców, chcą
współpracować na zasadach partnerskich z radnymi SLD, którzy mają podobne
intencje. Karanie za to radnych z SLD jest bez sensu. Współpraca ludzi o
różnych poglądach osłabia politykę Nowogrodzkiej. Karanie radnych SLD umacnia
podziały. Innymi słowy pan Włodzimierz Czarzasty realizuje scenariusz napisany
przez pana Jarosława Kaczyńskiego. Więcej dowodzi, że niezbyt się troszczy o
normalne warunki życia ludzi w gminach, miasteczkach i powiatach. Polubił
bijatykę trwającą na prawicy.
Podział
polskiego społeczeństwa nie przyniesie państwu i obywatelom żadnych korzyści.
Politycznemu złoczyńcy udało się skłócić sąsiadów, przyjaciół, nawet rodziny.
Jeżeli radni PiS próbują współpracować z radnymi z innych partii to znaczy, że
nie akceptują permanentnej wojny narzuconej przez centralę. I należy to
wykorzystać.
Co innego
współpraca na szczeblu centralnym, SLD powinien bronić instytucji państwa
demokratycznego, gdy je PiS burzy i usiłuje sobie podporządkować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







