niedziela, 15 lipca 2018

NA ODCHODNE (Edward Osóbka-Morawski)



  Szef KAW, Dobrosław Kobielski polecił mi, bym się skontaktował z panem Edwardem Osóbką - Morawskim w sprawie pamiętników. Dla młodzieży wyjaśnienie : Edward Osóbka – Morawski był pierwszym premierem rządu po wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną i wojsko polskie. Pewno w szkołach o tym nie uczą.
  Natychmiast udałem się do pana Edwarda Osóbki – Morawskiego, podpisałem umowę i zacząłem czytać, imponujące objętością, wspomnienia o czasach przedwojennych. Autor był wtedy działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Opisywał czasy przedwojenne i powojenne żywym, bezpretensjonalnym językiem. Po dziesięciu dniach lektury, z tekstem oznaczonym na marginesach znakami zapytania i uwagami, pojawiłem się u Autora i tak zaczęła się nasza oficjalna  znajomość, która z czasem została wzbogacona wzajemną sympatią. Jakiś wpływ na to miały dwa niewiele znaczące fakty. Pan Osóbka – Morawski działał przed wojną także w Wieluniu, a ja zdawałem w Wieluniu maturę. W latach 1948 - 1950 dyrektorem Liceum był Aleksander Wiankowski, którego znał jeszcze przed wojną, pan Edward Osóbka-Morawski.
  Wielokrotnie w mieszkaniu pana Premiera i w redakcji omawialiśmy moje uwagi, zastanawialiśmy się, które partie zakwestionuje cenzura. Autor wprowadzał do tekstu, na gorąco poprawki, z którymi się zgadzał, cieszyliśmy się z postępów przy opracowywaniu tekstów.
  W przerwach Edward Osóbka- Morawski opowiadał różne zdarzenia, których w pamiętnikach nie opisał. Wiele z tych opowieści zapamiętałem. Jedną tu przytoczę. Edward Osóbka- Morawski, jako premier pojechał z Władysławem Gomułką do Moskwy na spotkanie szefów partii i premierów. Po zakończeniu obrad, a przed pożegnalnym obiadem postanowiono zrobić pamiątkowe zbiorowe zdjęcie. Władysław Gomułka nie chciał pozować do zdjęcia i udał się w ustronne miejsce udając, że go brzuch rozbolał. Zebrani sekretarze partii i premierzy ze zrozumieniem czekali na pojawienie się kolegi. Czas uciekał, a chory się nie pojawiał. Zrobiono więc pamiątkowe zdjęcie bez Gomułki. Pan Edward natychmiast odnalazł I sekretarza PPR, który ucieszył się, że nie będzie go na zdjęciu. Radość nie długo trwała. Następnego dnia na pierwszych stronach „Prawdy” i „Izwiestii” Władysław Gomułka, na zbiorowym zdjęciu, ujrzał własną podobiznę.
  Praca nad książką trwała do pewnego momentu bezkolizyjnie. Zatrzymaliśmy się przy osobie Józefa Cyrankiewicza. Autor wspomnień opisał swojego następcę w sposób krzywdzący. Zapytałem czy może swoje twierdzenia uwiarygodnić dokumentami? Nie mógł, ale nie chciał zrezygnować z tego fragmentu. Rozstaliśmy się z panem Edwardem Osóbką- Morawskim w przyjaźni. Żałowałem, że książki nie mogłem wydać. Zgodnie z prawem KAW wypłacił Autorowi honorarium. Bolałem nad tym, że skończyły się nasze spotkania. Pewnego dnia, już w wolnej Polsce” listonosz przyniósł mi przesyłkę. Edward Osóbka-Morawski przysłał mi swoją książkę. Spornego fragmentu wydawca nie opublikował.

wtorek, 10 lipca 2018

SŁUCH NIESIE SIĘ PO KACZYSTANIE...

wymyślili nową teorię, która ma stać się fundamentem konstytucji nad, którą główkuje panujący nam z łaski Najwyższego doktor nauk prawniczych, pan dwojga imion Prezydent. Jeżeli nasz ukochany Naczelnik orzeknie, że Putin zagraża Ojczyźnie naszej umiłowanej w Bogu, a ja obywatel czyli nikt, powiem, że nie zagraża to pan Zbyszek skaże mnie na więzienie. Nie będzie też można śmiać się z Ojczyzny. I tego ja nie rozumiem, więc może mnie przymkną. W żadnym wypadku nie będzie wolno śmiać się z pana Prezesa Kaczyńskiego. I z tym paragrafem konstytucji zgadzam się całkowicie. Jak można się śmiać z osoby, nad którą należy płakać.
Odkąd pan Prezes obniżył pensję warstwie rządzącej wzięli się, ci ze świecznika, do pracy. Telewizja pokazała, jak pan Prezydent z naręczem kwiatów wparował w łan jęczmienia, chcąc w ten sposób przebłagać Najwyższego, aby suszą nas nie karał. Od razu widać, że pan Prezydent piwko lubi. Jak jęczmień nie obrodzi to z czego piwa uwarzy?
Renia, moja żonka niekanoniczna, czytając com powyżej napisał rzekła, że nie mam racji, bo pan Prezydent, jak widać, jest taki zdolny, że bez jęczmienia piwa nam nawarzył wystarczająco. Schetyna, jeśli mu Tusk pozwoli, przed trybunał Adriana zaciągnie.
Co tam prezydent. Niejaki Mateusz Morawiecki, premier z łaski, wiadomo czyjej, ten bije prawdziwe rekordy. W Brukseli szaty rwał i łzy rzęsiste ronił nad swoimi przyjaciółmi, których sędziwie komunistyczni, co znaleźli schronisko w Sądzie Najwyższym ojczyzny naszej, na śmierć posłali. Gdy się słucha płomiennych, żałobnych przemówień pana Morawieckiego włos się na głowie jeży. Gdyby nie pan Adam Strzembosz, który oznajmił, że w stanie wojennym żaden sąd w Polsce życia nikogo nie pozbawił, suweren podniecony, na Krakowskim Przedmieściu szubienice, by już zapewne wznosił.
Pan Mateusz Morawiecki, jak pokazała telewizja na murach klasztoru w Częstochowie zapowiedział, że nie pozwoli euro poganom podkopywać się pod mury naszej Ojczyzny umiłowanej. Panowie prezydent i premier modlą się ostatnio bardzo intensywnie, bez Prezesa ukochanego, niestety, który od klęczenia choróbska się nabawił. Nie przeszkadza mi widok klęczących prezydenta, premiera i ministrów,nie broń Boże. Ośmielam się tylko zapytać, jak ONI klęczą bez przerwy, a to w zbożu, a to na murach modły zanoszą błagalne to kiedy ONI rządzą?

poniedziałek, 9 lipca 2018

NA ODCHODNE (Komisja Interwencyjna)

Pewien działacz Związku Literatów Polskich przysłał do KAW swoje opowiadania. Jeszcze redaktorzy nie zdążyli tekstu przeczytać, gdy zadzwoniła do mnie Alina Tepli, dyrektor z Zarządu Głównego RSW Prasa Książka Ruch, z pytaniem, kiedy książka się ukaże. Alinę znałem osobiście, podobnie jak wielu ceniłem jej profesjonalizm. Odpowiedziałem, że natychmiast sprawdzę, w jakiej fazie opracowania tekst się znajduje.
W redakcji, którą kierowałem obowiązywała następująca zasada : jeżeli redaktor ma zastrzeżenia przekazuje tekst wskazanemu przeze mnie drugiemu redaktorowi, a dopiero potem kierujemy książkę do dwóch recenzentów. Ocena dwójki czytających była jednoznaczna : opowiadania nie nadają się do druku. Przeczytałem tekst osobiście i podzieliłem opinię redaktorów. Poinformowałem o tym Alinę. I wtedy rozdzwoniły się telefony z różnych domów i instytucji, szaf KAW wydał mi polecenie, abym szybko skierował tekst do recenzentów. Wiedziałem, że nie mam szans. Ale nie skapitulowałem. Zadzwoniłem do Wojciecha Żukrowskiego i Romana Bratnego z błagalną prośbą, by zechcieli napisać recenzje opowiadań anonimowego autora. Obaj pisarze wyrazili zgodę. Poinformowałem Dobrosława Kobielskiego, że recenzenci zobowiązali się w ciągu dwóch tygodni ocenić wartość opowiadań. Interwencje nie ustawały. Gdy szef KAW ponaglał ujawniłem nazwiska recenzentów i zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie mogę biegu sprawy przyśpieszyć, albowiem nie wypada mi ponaglać wybitnych i poczytnych pisarzy.
Tymczasem sprawa opowiadań wybiła się na samodzielność i rozwijała się w niebywałym tempie. Mnie zaś ogarnęły wątpliwości co się stanie, gdy recenzenci nie podzielą oceny dwójki redaktorów i mojej? Nie będę miał innego wyjścia i zrezygnuję z pracy w KAW. Gdy poinformowałem Dobrosława Kobielskiego natychmiast wyznaczył termin posiedzenia Kolegium KAW składającego się z zastępców szefa, sekretarza Agencji i czynnika społecznego sekretarza POP PZPR, przewodniczącego Związku Zawodowego i delegata dziennikarzy. Na posiedzenie Kolegium KAW Kobielski zaprosił ministra Kultury i Sztuki, pana Aleksandra Krawczuka, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego, autora poczytnych książek o świecie antycznym. Czułem się w tym gronie, jak oskarżony.
Na szczęście Wojciech Żukrowski i Roman Bratny orzekli, że opowiadania nie powinny być wydrukowane. Na tym zakończyła się część oficjalna.
Gdy panie z sekretariatu wniosły kawę, ciasteczka i kieliszki, szef firmy otworzył butelkę koniaku, Wojciech Żukrowski zwracając się do mnie zapytał : panie Mirosławie ocenialiśmy z Romanem opowiadania anonimowe, prosimy o ujawnienie nazwiska autora.
Podałem nazwisko.
Wojciech Żukrowski : teraz widzicie z kim ja muszę pracować.
Komisja Interwencyjna Zarządu Głównego ZLP w składzie: Aleksander Rowiński - przewodniczący, członkowie Jerzy Bronisławski, Zbigniew Czajkowski, Jan Goczoł, Helena Kowalik, Tadeusz Kijonka, Dionizy Sidorski, oceniła mnie jednoznacznie. Cytuję fragmenty „Sprawozdania z działalności Komisji…” : Pomijając mało finezyjną, a otwarcie mówiąc gruboskórną formę listu… kierownika redakcji KAW Mirosława Chrzanowskiego, sam fakt (rezygnacji z wydania książek kilku autorów dopisek M.Ch.) raził jak piorunem. Po raz pierwszy w PRL w stosunkach autor wydawca trafił się taki incydent.”
Dostało się też recenzentom : „Co więcej : do swoistego sądu inkwizycyjnego KAW-u powołano członków naszego Związku o znaczących nazwiskach…”
W tym samym czasie z Ministerstwa Kultury i Sztuki otrzymałem takie oto pismo.

niedziela, 8 lipca 2018

NA ODCHODNE (upomnienie)

Byłem wydawcą w czasach reglamentacji (braku) papieru, panowała wówczas moda na pisarzy robotników i wspomnienia zwykłych ludzi . Staszek Zagórski, mój kolega ze studiów, dziennikarz i wydawca w Łomży, ogłosił konkurs ogólnopolski na wspomnienia ludzi pochodzących ze wsi... Powołał mnie do jury konkursu, przeczytałem ponad sto fascynujących prac, wybrane przeze mnie fragmenty wspomnień opublikował w „Kulturze” Janusz Rolicki, sławny dziennikarz i autor super ciekawych książek – ostatnia „Nieznośny urok PRL”.
To też teksty nadsyłane do KAW przez robotników traktowałem z wyjątkową życzliwością. Nie podzieliłem opinii, Anny Susickiej, ( magister filologii polskiej) która kładąc na moim biurku maszynopis powiedziała: tego się nie da czytać.
Poleciłem więc redaktorowi Piotrowi Halbersztatowi, (też magister filologii polskiej) do którego miałem całkowite zaufanie, ocenę tekstu. Z Piotrem pracowałem w PKF, skąd przeniósł się do „Kultury” na sekretarza redakcji. Po wprowadzeniu stanu wojennego nie został zweryfikowany, zamierzał zostać taksówkarzem, ale Basia Siwińska, też z PKF, poprosiła mnie, więc go przyjąłem do „Fikcji i Faktów”. Piotr zgodził się z oceną redaktor Susickiej.
Przeczytałem tekst osobiście, Renia – mgr filologii polskiej, widząc moje zmagania też zapoznała się z maszynopisem i orzekła, że gdyby autor zgodził się z krytycznymi ocenami i solidnie popracował to można by utwór uratować. Zaprosiłem Autora do redakcji, przez kilka godzin dyskutowaliśmy, strona po stronie, ustalaliśmy co zmienić… Autor opuszczał redakcję, jak sądziłem przekonany do poprawek.
Upłynęło około dwóch tygodni od tego czasu, a Autor się nie pojawił. Wezwał mnie natomiast zastępca szefa KAW, Tadeusz Kaczmarek, dał mi do przeczytania skargę, którą Autor wysłał do generała Wojciecha Jaruzelskiego, udzielił mi upomnienia i polecił niezwłocznie książkę wydać.
Chciałem się zastrzelić, ale mój zastępca do spraw graficznych, Mirosław Pokora, znany artysta grafik, wzbogacający książki swoimi ilustracjami, głośny z satyrycznych rysunków zamieszczanych w prasie polskiej, przyjaciel Jerzego Urbana z „Po prostu” wyperswadował mi, że nie warto.
Redakcja przygotowała więc książkę do druku, Andrzej Arcimowicz zaprojektował okładkę, Basia Siwińska wszystkie papierkowe dokumenty.
Zaniosłem tak przygotowany utwór do wiceszefa KAW, Tadeusza Kaczmarką, położyłem dzieło na biurku ze słowami „podpiszcie towarzyszu”.


Nie podpisał. To była dopiero pierwsza skarga, niewinny początek…Ciąg dalszy w następnym odcinku.

czwartek, 5 lipca 2018

NA ODCHODNE (pisarze, literaci, autorzy)

Niespodziewana śmierć redaktora naczelnego Redakcji Wydawnictw Seryjnych KAW sprawiła, że z parteru, gdzie mieściły się „Fikcje i Fakty” przeniesiono mnie na drugie piętro i awansowano z zastępcy na naczelnego.
Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z ogromu kłopotów, jakie mnie czekają. W „F i F” było jak u mamy za piecem, a tu problemy, problemy, problemy. W dobie reglamentacji papieru, a mówiąc po ludzku braku papieru, wydawca znajduje się między młotem, a kowadłem. Oto wspaniali autorzy mają już na wstępie pretensję, że nakład za niski. I natychmiast piszą skargę do szefa KAW, że są szykanowani. Michalina Wisłocka miała pretensję, że drugie wydanie „Sztuki kochania” (drugie w KAW) ma stanowczo za niski nakład. 
Roman Bratny skargi nie złożył, ale nie mógł mi wybaczyć, że „Rok w trumnie” KAW mu wydał tylko w 400.000 egzemplarzy. Choć pięćset tysięcy sprzedałoby się jak ciepłe bułeczki. Ja to wiedziałem i chętnie nakłady bym zwielokrotnił tylko nie miałem papieru. Oto ceniony autor podejmujący trudną tematykę pojawia się w redakcji technicznej i informuje prowadzącą książkę osobę, że zwiększyłem nakład jego dzieła o dwadzieścia tysięcy. Stąd telefon : panie redaktorze podwyższył pan nakład o dwadzieścia tysięcy?
- Nie podwyższyłem.
Pisarze, literaci, autorzy. Każdy stanowi odmienny świat, inną wrażliwość, każdy ma inne wymagania. O kilku napiszę. 
Telefon: panie redaktorze, szef zaprasza, natychmiast.
W gabinecie szefa KAW pani sekretarz agencji, dwóch zastępców i nieznany mężczyzna. Dobrosław Kobielski przedstawia mnie gościowi, który przyjechał z Ameryki, przywiózł książkę i pragnie ją wydać, w KAW właśnie. Na stole konferencyjnym filiżanki z kawą i kieliszki z koniakiem. Autor z za oceanu przestawia treść arcydzieła. Nie jestem zdziwiony, znam bowiem człowieka, który z pobudek „patriotycznych” zamówił u mnie film za 40.000 dolarów i osobiście nadał mu tytuł : „Ojciec Święty Jan Paweł II z wizytą w Polsce”. 
Dzieło polskiego patrioty z Chicago liczy 218 stron maszynopisu. Dostaję polecenie, abym do jutra je przeczytał i przedstawił kierownictwu KAW swoją opinię. Opuszczając gabinet szefa odruchowo spoglądam na zegarek. Jest godzina 13,15. 
Wbiegam szybko na drugie piętro, w sekretariacie informuję Krysię, że opuszczam redakcję i do jutra jestem niedostępny. W domu, bez zbędnej zwłoki zaczynam lekturę. Kończę czytać dzieło mocno zaawansowanym świtem, biorę prysznic, wypijam piątą filiżankę kawy i wyruszam na Wilczą. 
Renia, oceniając moje zalety i wady mówi, że mniej więcej się równoważą, ale w zalety dyplomatyczne moi stwórcy mnie nie wyposażyli. Zastanawiam się w czasie jazdy od czego zacząć ocenę, aby nie zapytać o kosz. 
- Jeśli można – zaczynam - to proponuję, aby maszynopis przeczytał przynajmniej jeden recenzent. 
- Kobielski, jeśli cię dobrze zrozumiałem nie podpisujemy umowy… 
Nie podpisaliśmy.

sobota, 30 czerwca 2018

NA ODCHODNE (Sekretarz)

Wracam do rzeczywistości. Niebezpieczny wypadek sprawił, że przez pewien czas nie korzystałem z komputera. Pani Zosia, obejrzawszy moje siniaki rzekła: niech pan podziękuje Panu Bogu za to, że jeszcze żyje. Pani Zosiu odpowiedziałem, gdyby Pan Bóg zapobiegł wypadkowi to chętnie bym mu podziękował. Nie włączam się w codzienność. Muszę ukończyć wspomnienia „Na odchodne”. Czytam, słucham, oglądam. Znani dziennikarze, prawicowi i neoliberalni, doktorzy nauk i stypendyści zaoceaniczni bez przerwy szkalują moją ojczyznę, Polskę Ludową. Do tego chóru nienawiści przyłączają się młodzieniaszki. Czynią to z braku wiedzy czy z cynizmu? Niewiedza sprzedaje się dobrze. Myśleć nie trzeba, wystarczy wierzyć. Niewiedza z wiarą maszerują w jednym szeregu. Tworzą narodową, patriotyczną drużynę.
Jeśli pamiętam, swoje wspomnienia skończyłem na „Fikcjach i Faktach” wydawanych przez Krajową Agencję Wydawniczą – KAW, gdzie zacząłem pracować po wyrzuceniu mnie z Polskiej Kroniki Filmowej. W tamtych czasach nakład 200.000 egzemplarzy był sukcesem, który zbulwersował nawet członka Biura Politycznego KC PZPR towarzysza, Jana Główczyka, w dobie reglamentacji papieru. 
Krajowa Agencja Wydawnicza mieściła się w Warszawie na ulicy Wilczej, znałem tu tylko trzy osoby, szefa KAW, Dobrosława Kobielskiego, Michała Wierzchonia z czasów działalności w Związku Młodzieży Wiejskiej i Magdę (Teresę) Czaputowicz, koleżankę ze studiów. Czułem się na Wilczej dobrze, albowiem w KAW pracowało sporo osób skądś wyrzuconych… Nie upłynęło nawet pół roku, gdy na zebraniu wyborczym POP PZPR, Michał Wierzchoń zgłosił moją kandydaturę na sekretarza POP. Kandydowało nas trzech. Pierwszym kandydatem był, jeszcze przedwojenny komunista, człowiek cieszący się ogromnym szacunkiem, drugim młody redaktor i ja - „niezweryfikowany” po wprowadzeniu stanu wojennego. W tamtych czasach, „gorszy sort”. Miałem więc nadzieję, że zagłosuje na mnie tylko mój przyjaciel Michał Wierzchoń, no i może Magda Czaputowicz. W tajnym głosowaniu zaufało mi ponad 70 procent osób i zostałem sekretarzem partii w największym w Polsce Ludowej wydawnictwie. Nie ukrywam, że po ogłoszeniu wyników miałem pewną satysfakcję…choć nigdy nie dowiedziałem się jak zareagował na wybór towarzysz, Jan Grzelak, inkwizytor-weryfikator z ramienia KC PZPR, super aparatczyk, mój prześladowca osobisty.
W kilka dni po wyborze otrzymałem dwanaście listów. Większość nadeszła pocztą, kilka znalazłem w pokoju, wsunięte szparą pod drzwiami. Wszystkie anonimowe ! Autorzy informowali mnie o negatywnych zjawiskach występujących w wydawnictwie. Przeczytałem anonimy dokładnie… Spotkałem się z szefem KAW, Dobrosławem Kobielskim, przedstawiłem mu treść listów. Większość autorów ostro krytykowała zwrot kosztów za benzynę, wypłacany wicedyrektorom, którzy do pracy przyjeżdżali prywatnymi samochodami. Autorzy listów pytali: skoro wicedyrektorom KAW zwraca koszty dojazdu, to zwykłym pracownikom agencja powinna fundować bilety transportu miejskiego. Prawo nie przewidywało zwrotu kosztów dojazdu wicedyrektorom, więc przywilej, szef KAW cofnął swoim zastępcom.
Nowa egzekutywa weszła w spór z aparatczykami z KC PZPR, którzy życzyli sobie, aby książki wydawane w Krajowej Agencji Wydawniczej, należącej do koncernu partyjnego "RSW Prasa Książka Ruch", opiewały sukcesy. Tymczasem nowa egzekutywa twierdziła, że najwybitniejsze dzieła literackie, które przetrwały próbę czasu, krytycznie przedstawiały polską rzeczywistość, piętnowały wady narodowe…
Nowością w naszej pracy były tzw. zebrania otwarte, na które mógł przyjść każdy pracownik. Zapraszaliśmy na otwarte zebrania partyjne (w charakterze prelegentów) osoby o znanych nazwiskach, które nie przekazywały nam wytycznych, a własne poglądy i oceny. Odczyty profesorów Mikołaja Kozakiewicza i Józefa Kalety wzbudziły nie tylko duże zainteresowanie, ale spowodowały ożywione dyskusje, które trwały długo wśród pracowników KAW. Choć wspomnieć muszę, że zaproszenie profesora Kozakiewicza u kilku towarzyszy wywołało zdziwienie. Jak to –pytali- członek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego będzie nas pouczał? Sekretarzowałem na Wilczej tylko jedną kadencję, która umocniła mnie w przekonaniu, że PZPR składało się z dwóch części : aparatu partyjnego, który zawłaszczył sobie monopol na rozstrzyganie ważnych dla społeczeństwa problemów i normalnych ludzi, którzy ponosili koszty działalności aparatczyków.
Październik 1956 roku i struktury poziome powstałe w 1980 roku są tego wymownymi przykładami, próbą uwolnienia się od wszechwładzy aparatu.

niedziela, 20 maja 2018

CZY MOŻNA OBRAZIĆ NARÓD?


Między Bugiem, a Odrą, jak grzyby po deszczu, wyrastają szwadrony obrońców narodu polskiego, nieskazitelnego, czystego jak łza zawsze dziewicy, szlachetnego i bezgrzesznego. Gdy dzieci śpiewają Odę Do Radości obrońca narodu, bubek ponury, jest oburzony. Władze prostackie nie przyjmują uchodźców, ludzi nieszczęśliwych, bo zagrażają narodowi katolickiemu. Dotknięci opętaniem obrońcy narodu burzą pomniki, zmieniają nazwy ulic, pozbawiają ludzi praw nabytych, degradują nieboszczyków, bo zagrażają narodowi. I budują, budują pomniki, bo wydaje im się, że stworzą nową historię.
Nie będę przytaczał definicji narodu, bo jest ich wiele, nie piszę pracy doktorskiej, dzielę się z Przyjaciółmi własnymi refleksjami.
Wedle danych GUS w Polsce żyje :"37 835 753 ludzi
( populacja na dzień (niedziela 20 maja 2018). Prawie 38 milionów obywateli tworzy naród. Jesteśmy ludźmi różnorodnymi, mądrymi i głupimi, wesołymi i ponurymi, mamy różne poglądy polityczne i wierzymy w różnych bogów, są wśród nas także niewierzący. Jako zbiorowości nie można nas obrazić. Jest jeden wyjątek, mniejszość może obrazić większość, gdy jak PiS (5.711.627 głosów w wyborach do Sejmu) usiłuje nam wmówić, że niszczy państwo z upoważnienia narodu. W tym przypadku politycy PiS nas znieważają, albowiem dane, które przytoczyłem świadczą dobitnie o tym, że większość narodu nie zdurniała.


Ściganie satyryka Antoniego Szpaka za znieważenie narodu polskiego to zjawisko żałosne i ponure, świadczące o agonii obozu władzy. Najpierw nas podzielili, teraz rządzą strachem, usuwają sędziów niezawisłych, biją i zabijają w komisariatach, porzucają w lasach. Nasi najwspanialsi przodkowie, wielcy pisarze i artyści, a także politycy (vide ulubieniec PiS Józef Piłsudski) smagali naród biczem krytyki i za to właśnie wynosimy ich na cokoły. Szczęśliwi, że nie dożyli czasów współczesnych. Miernot, nawet gdy wciągniemy je na setki pomników ludzie nie zauważą. Bo „Naród nasz jak lawa/ z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa/ Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi/ Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”